" />

z sufitu

Obawiam się adwokatów i ich echa – dziennika,
będącego tylko słowem,
którego brzmienie trwa dwadzieścia cztery godziny:
oto tyrani zagrażający nam dzisiaj.
- Astolphe de Coustine

14 sty 10
czwartek

Życie po amputacji

Napisał Przemysław Bociąga o niczym

Od dwóch dni Gmail losowo przesyła dostarcza albo nie dostarcza maili do moich najbliższych współpracowników. Postanowił wpaść w ten tryb dokładnie w „gorącym okresie”, a może po prostu teraz to odkryłem, bo teraz coś się dzieje. Normalnie Dostawałbym od dwóch osób po 20 maili dziennie, tymczasem moja skrzynka zapełnia się normalnie nieistotnymi informacjami z Facebooka, Allegro i jakichś pomniejszych newsletterów. I, po raz pierwszy tak naprawdę doświadczam prawdziwego kalectwa komputerowego, cyfrowego wykluczenia, jak to się modnie mówi. Strasznie dziwne jest spędzanie czasu teoretycznie on-line, ale z przeświadczeniem, że być może właśnie omija mnie coś ważnego. I to nie przekonaniem wywiedzionym z chorego, uzależnionego od maila umysłu, ale takim praktycznym. Dodatkowo nie wiem jeszcze, czy to przejściowe problemy z serwerami i aplikacjami, czy czas się brać i próbować naprawiać.
Szukałem podpowiedzi w googlu, ale oczywiście nie znalazłem nic o awarii gmaila. Dla pewności poszukałem jeszcze na bingu (kto wie, czy jakiejś cenzury nie robią). Nic. Czy jestem psychiczny, czy jestem po prostu człowiekiem nowej ery, przynajmniej pod tym względem?

03 maj 09
niedziela

Google schodzi na psy

Napisał Przemysław Bociąga o mediach

Nietrzeciomajowe (a i niepierwszo-) przemyślenie pod wpływem poszukiwań, jakie w długi weekend zapuściłem w google’u. Niewinnie postanowiłem byłem sprawić sobie nowy aparat, ale nie będąc pewnym co do wyboru, zapragnąłem zasięgnąć języka na sieci. Wszyscy wiemy, jakiej strony używa się w takich wypadkach: tej, która łamie prawa człowieka w Chinach (argument nietrafiony, jeśli o mnie chodzi) oraz tej samej, która pragnie wprowadzić w sieci komunizm własności intelektualnej (tak słyszałem). Co już brzmi znacznie bardziej niepokojąco. A ponieważ perspektywa zdigitalizowania wszystkich książek świata trochę jeży mi włos na plecach (fuj!), kibicuję upadkom googli nie przestając korzystać z ich dobrodziejstw zgodnie z zasadą odwiecznej równowagi przyrody (i ostentacyjnej nadobojętności wobec praw człowieka w Chinach). Przeważnie przez upadki informatycznego giganta rozumiem jednak te spektakularne: wtopili forsę w jakiś nierentowny projekt, opracowali telefon, który przegrywa nawet z ajfonem – dandysem z leprozorium, albo zmuszeni byli odstąpić od planu zeskanowania całej biblioteki senackiej USA. Tym razem jednak doszedłem do smutnych wniosków o strukturalnym kryzysie flagowego i kluczowego produktu Google – google’a.

(dalej…)