<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>z sufitu &#187; w podróży</title>
	<atom:link href="http://pszemau.com/category/w-podrozy/feed/" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>http://pszemau.com</link>
	<description>mój intymny kontakt z istotą gatunku</description>
	<lastBuildDate>Sun, 11 Apr 2010 09:44:30 +0000</lastBuildDate>
	<language>en</language>
	<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
	<generator>http://wordpress.org/?v=3.0</generator>
		<item>
		<title>Czy podróże kształcą?</title>
		<link>http://pszemau.com/2009/10/01/czy-podroze-ksztalca/</link>
		<comments>http://pszemau.com/2009/10/01/czy-podroze-ksztalca/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 01 Oct 2009 18:01:03 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Przemysław Bociąga</dc:creator>
				<category><![CDATA[o Człowieku]]></category>
		<category><![CDATA[o dalekich stronach]]></category>
		<category><![CDATA[o mediach]]></category>
		<category><![CDATA[w podróży]]></category>
		<category><![CDATA[antropologia]]></category>
		<category><![CDATA[dziennikarze]]></category>
		<category><![CDATA[harcerstwo]]></category>
		<category><![CDATA[komunikacja]]></category>
		<category><![CDATA[Levi-Strauss]]></category>
		<category><![CDATA[pociągi]]></category>
		<category><![CDATA[poczekalnie]]></category>
		<category><![CDATA[podróże]]></category>
		<category><![CDATA[rosja]]></category>
		<category><![CDATA[Skandynawia]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://pszemau.com/?p=257</guid>
		<description><![CDATA[&#8222;&#8230;brzydkich wyrazów nie będę używał, studia ze zdrowym rozsądkiem pogodzę&#8230; Wiesz, mamo, studia też kształcą, a podróże są drogie.&#8221; - śpiewało się kiedyś piosenkę Poniedzielskiego przy ogniskach na wyjazdach, które niewątpliwie jakoś tam edukowały. Nauczyło mnie więc życie harcerskie, żeby zawsze mieć przy sobie apteczkę, w której zawsze brakuje dokładnie tego jednego leku na dolegliwość, [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><em>&#8222;&#8230;brzydkich wyrazów nie będę używał,<br />
studia ze zdrowym rozsądkiem pogodzę&#8230;<br />
Wiesz, mamo, studia też kształcą,<br />
a podróże są drogie.&#8221;</em></p>
<p><em>-</em> śpiewało się kiedyś piosenkę Poniedzielskiego przy ogniskach na wyjazdach, które niewątpliwie jakoś tam edukowały. Nauczyło mnie więc życie harcerskie, żeby zawsze mieć przy sobie apteczkę, w której zawsze brakuje dokładnie tego jednego leku na dolegliwość, która się przydarzy (bo kto by pomyślał o aviomarinie i kroplach do oczu, skoro ani choroby lokomocyjnej, ani wizyjnej, nigdy nie miałem?)</p>
<p>Nauczyło mnie też obozowe życie sobieradka, jak zbudować sobie pryczę &#8211; co jest mi teraz cholernie przydatne, kiedy półtora tysiąca kilometrów od domu nie potrafię uruchomić sieci bezprzewodowej na laptopie. Wiem za to, co do czego służy w świetnie zaopatrzonych norweskich sklepach turystycznych (bo Norwegowie nade wszystkie sporty lubią trekking z lekką składaną patelenką i turystycznym jajnikiem pełnym jajek, żeby sobie w plenerze zrobić sadzone &#8211; sic!).</p>
<p>W swojej nieszczęsnej karierze harcerskiej zdobyłem wiele różnych sprawności, które zasadniczo można podzielić na kompletnie nieprzydatne (milczek!!!) oraz te, które na rękawie powinno się wyszywać przy pomocy logo różnych firm: mam więc sprawność nokia (a obecnie raczej HTC) w zakresie komunikowania się z oddalonym zastępem. Świetnie radzę sobie z orientacją w terenie przy użyciu sprawności garmin &#8211; potrafię dzięki niej wyznaczyć nawet optymalną porę połowu ryb i godzinę wschodu księżyca w danej szerokości geograficznej. Sprawność obozowego grajka załatwia combo samsung-logitech (w stereo!) i tylko dobrze się zapowiadającej kariery milczka, ku chwale Ojczyzny, nie kontynuuję. Trudno jednak nazwać to wszystko wykształceniem wyniesionym z podróży &#8211; ostatecznie ludzie wyjeżdżają także na wczasy z prawem jazdy, a jakoś nieskorzy jesteśmy przyznać, że wycieczki do Łomży uczą prowadzić samochód. Prawdziwe pytanie brzmi: czy podróże kształcą przez jakieś oświecenie, czyli: <strong>czy sam fakt, że jest się w Innym Miejscu czyni nas mądrzejszymi</strong>.</p>
<p><span id="more-257"></span>Zadałem je sobie, skoro już musicie wiedzieć, pod norweskim prysznicem, który, skandynawskim zwyczajem, zamiast brodzika ma centymetrowe  wgłębienie w podłodze, wyłożone tym samym linoleum, co reszta łazienki i wyposażony jest w ściągaczkę, zwaną w Polsce ściągaczką do szyb, a w Skandynawii &#8211; ściągaczką do podłogi w łazience.</p>
<p>Myśl moja przebiegła dwutorowo, co nie zdziwi nikogo, kto wie, że mam dwie półkule, czyli mózg dwurdzeniowy. Z jednej strony zdałem sobie sprawę, że oto czegoś się o świecie dowiedziałem &#8211; mianowicie, że brodziki w Skandynawii są inne, niż w Polsce, co jest wiedzą równie przydatną, jak to, że mech porasta pnie samotnie rosnących drzew od północy. Z drugiej zaś odkryłem, że gdyby ktoś ze Skandynawii pojechał kiedyś do Polski, odkryłby brodziki prysznicowe i nie musiał więcej używać ściągaczki. Z czego z kolei wynika, że mój zysk netto z wyprawy zbilansowany z rewizytą Norwegów jest w tym zakresie ujemny. Norwegowie zresztą bywali w krajach, gdzie w użyciu są brodziki i nic z tej wyprawy nie wynieśli. Ergo: podróże ich nie wykształciły, przynajmniej w zakresie praktycznym. Podobnie, jak Polaków nie nauczyły podróże do Indii, jak przewieźć dwie krowy na rowerze (wszyscy znamy te zdjęcia), Włosi z wycieczek do Szwecji nie wynieśli przekonania o wyższości uporządkowanego ruchu drogowego nad kompletną anarchią, a Francuzi od bliskich im Holendrów nie nauczyli się praktycznej sztuki mówienia z resztą świata po angielsku. Sam z wyprawy do Chin nie przywiozłem nawyku jedzenia makaronu pałeczkami (chociaż i wolniej (zdrowiej), i nawet wygodniej) i chyba nie ma co oczekiwać, że jakaś podróż nauczy mnie czegoś praktycznego: segregowania odpadów, przyrządzania espresso (to najprędzej) czy jedzenia fish and chips z gazetowej tutki.</p>
<p>Ale we wszystkim tym jest już jakaś dziejowa, nie waham się rzec &#8211; antropologiczna, mądrość. Najbanalniejsza z możliwych, to fakt, ale zawsze: taka oto, że chwiejna stabilność między tzw. globalizacją a lokalnością nie jest możliwa do zrozumienia na podstawie lektury encyklopedii. Tylko czy trzeba poświęcać tyle forsy i czasu na przyswajanie banalnych prawd o świecie w sposób najmniej efektywny z możliwych? Claude Lévi-Strauss pisze w <em>Smutku tropików</em>:</p>
<p><em>W zawodzie etnografa nie ma miejsca na przygodę; narzuca mu się ona i ciąży na właściwej pracy wagą tygodni i miesięcy zmarnowanych w drodze, godzin bezczynności (&#8230;) głodu i zmęczenia, czasem choroby, a zawsze tysiaca kłopotów pochłaniających całe dnie bez żadnego rezultatu</em></p>
<p>Punkt dla stuletniego antropologa. Sam czas spędzony na jednym z dworców czy lotnisk w oczekiwaniu nawet nie na transport, ale na jego perspektywę pozwoliłby nam na przeczytanie stu pięćdziesięciu stron literatury podróżniczej. Po przemnożeniu &#8211; dwieście kilkadziesiąt godzin podróży w 2004 roku, noc na lotnisku w Irkucku, druga na stacji w Ułan-Ude, kiblowanie w Manzhouli &#8211; przez ten czas siedząc w Warszawie zdążylibyśmy przeczytać &#8211; dla przykładu &#8211; całego Kapuścińskiego albo Levi-Straussa, którzy coś tam o świecie podobno wiedzieli. Podobno, bo &#8211; jak znowu pisze ten ostatni:</p>
<p><em>Być podróżnikiem to obecnie </em>[1955 rok]<em> zawód, który nie polega na odkrywaniu po latach badań &#8211; jak można by sądzić &#8211; faktów dotychczas nie znanych, lecz na przebywaniu wielkiej liczby kilometrów i gromadzeniu zjdęć fotograficznych lub filmowych, i to najchętniej kolorowych. Dzięki temu można mieć przez kilka dni salę zapełnioną tłumem słuchaczy, dla których frazesy i banały przemienia się cudem w rewelacje z tego tylko powodu, że ich autor, zamiast spisać je na miejscu, uświęcił je, przebywszy 20 000 kilometrów</em></p>
<p>Żeby chociaż tyle. A jeśli dodać do tego mój smutny wniosek, że ta &#8222;rewelacja&#8221; brzmi: &#8222;gdzie indziej jest inaczej&#8221;, poniższe zdanie okazać się może przewrotem kopernikańskim w ekonomii:</p>
<p><strong>GDZIE INDZIEJ JEST INACZEJ</strong>. A teraz siedźcie na dupie i przestańcie się wygłupiać z jeżdzeniem gdziekolwiek po tę prostą prawdę. Znacie ją już i znacie ją od dawna, nie jest warta biletu ulgowego do Otwocka, o ile choćby studencki jeszcze wam przysługuje. Weźcie się do roboty i wypracujcie trochę PKB, bo czarno widzę swoją pogodną jesień, zamiast wydawać szmal na pociągi w Rosji, konie w Mongolii czy na-czym-się-tam-jeździ w Wenezueli (sprawdzę sobie na Wikipedii, a tak w ogóle to wcale nie muszę wiedzieć).</p>
<p>Tylko czy takie zdanie wystarczy tym, którzy uprzejmi będą przyjąć je do wiadomości? Zadzwoniła do mnie kiedyś dziennikarka z Życia Miasta, polecona przez mojego przyjaciela, R.</p>
<p>- <em>R. mówi, że jechałeś transsyberyjskim</em> (właśnie, na zeszłoroczne wakacje, uruchomiono połączenie Warszawa-Irkuck, może nawet jeszcze dalsze &#8211; przyp. PB). <em>Chciałabym, żebyś opowiedział mi o tej podróży.</em><br />
- <em>A co konkretnie mam ci opowiedzieć?</em> &#8211; spytałem, gotowy do tego nadludzkiego poświęcenia<br />
- <em>O wódce</em> &#8211; zalśnił perlisty głos w słuchawce</p>
<p>No i problem, Pani Redaktor: trzeba było poczytać, choćby u <a href="http://www.dziennik.twardoch.pl/2009/06/16/mala-rosja-w-krainie-ostrych-gor-zapiski-spitsbergenskie/" target="_blank">Szczepana</a> (ten tekst jest akurat późniejszy, ale ktoś to chyba pisał wcześniej), że ten zapity, ruski ludek trzyma w dalekobieżnych wagonach jakiś dziwny ordnung, który działa nie tylko antynałogowo, ale oszczędził nawet drogą elektronikę użytkową, zostawioną na widoku na pryczy w bezprzedziałowym (tzw. <em>plackartnyj</em>) wagonie.</p>
<p>Pointy są P.T. Czytelnicy uprzejmi się domyśleć: w artykule jestem cytowany, ale na zupełnie inny temat; moja wzmianka o ogłupiającym uproszczeniu wyobraźni w temacie myślenia o Rosji nie wejdzie do kanonów dziennikarstwa. Ruskij, trzeźwy i nie kradnący? To byłby news, gdyby zdarzyło się wczoraj, ale skoro jest stanem rzeczy, to nie mamy na to kolumny. A ludzie z pewnością nie tego oczekują od gazet, żeby w nich publikowali rzeczy, których i tak nie wiemy.</p>
<p>Żeby zdobyć takowe, trzeba opuścić dom. A za cenę rocznej prenumeraty gazety da się dojechać np. w serce Azji.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://pszemau.com/2009/10/01/czy-podroze-ksztalca/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>2</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Narodowe charaktery</title>
		<link>http://pszemau.com/2009/09/04/narodowe-charaktery/</link>
		<comments>http://pszemau.com/2009/09/04/narodowe-charaktery/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 04 Sep 2009 21:53:14 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Przemysław Bociąga</dc:creator>
				<category><![CDATA[o tzw. społeczeństwie]]></category>
		<category><![CDATA[w podróży]]></category>
		<category><![CDATA[charakter narodowy]]></category>
		<category><![CDATA[konflikt]]></category>
		<category><![CDATA[miedza]]></category>
		<category><![CDATA[narodowość]]></category>
		<category><![CDATA[współpraca]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://pszemau.com/?p=248</guid>
		<description><![CDATA[Na norweskiej farmie kooperatywa dwóch sąsiadów kupiła na spółkę kombajn (za który, gdyby nie byli farmerami, kupiliby sobie nówka sztuka full wypas Audi A8 każdy), ale że maszyna na razie człowieka w pełni nie zastąpi, kiedy zapada zmierzch, a na następny dzień wicherek wróży opad atmosferyczny, wspomagają się też sąsiedzi nawzajem własną siłą roboczą. Nie [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Na norweskiej farmie kooperatywa dwóch sąsiadów kupiła na spółkę kombajn (za który, gdyby nie byli farmerami, kupiliby sobie <em>nówka sztuka full wypas Audi A8</em> każdy), ale że maszyna na razie człowieka w pełni nie zastąpi, kiedy zapada zmierzch, a na następny dzień wicherek wróży opad atmosferyczny, wspomagają się też sąsiedzi nawzajem własną siłą roboczą. Nie wiem, czy tego rodzaju współpraca sąsiedzka ma miejsce wśród tzw. rolników indywidualnych na polskiej wsi. Wiem natomiast, że nawet jeśli ma, to odbywa się to w milczeniu krajowej kultury na temat jej przejawów.</p>
<p><span id="more-248"></span></p>
<p>Granica bowiem zawsze była idealnym wzorem pojednania przeciwieństw: z jednej strony jest czymś, co rozdziela. Z drugiej &#8211; jest łącznikiem, miejscem, gdzie z dwóch graniczących ze sobą wartości tworzy się nowa. Tymczasem kultura nasza bowiem z miedzą &#8211; chłopską granicą &#8211; wiąże wyłącznie pojęcie konfliktu, znane od <a href="http://pl.wikipedia.org/wiki/Rz%C4%99dziany" target="_blank">Sienkiewicza</a> do <a href="http://www.youtube.com/watch?v=mJANAlvdEWA&amp;feature=related" target="_blank">Chęcińskiego</a> i dalej.</p>
<p>Pomyślałem sobie na ten widoczek, że rzeczywiście jakiś charakter narodowy istnieje i &#8211; zapewne &#8211; rzeczywiście jakiś mamy zarówno my, jak i młodsi bracia narodu Ikei. A w związku z tym być może częściowo uzasadnione wydaje się wyrzekanie, że &#8222;my, Polacy&#8221; tacy to a tacy jesteśmy, że nie umiemy wziąć poszczególnych części ciała w troki i, na przykład, zmodernizować rolnictwo. Bo nawet tutaj pierwszy gospodarz we wsi sam by kombajnu nie kupił, a we dwóch to już daje radę się zadłużyć. Z czego wniosek: nawet u nas, gdyby się kilkoro chłopstwa dobrało, jakoś by się wyspecjalizowali i robotą podzielili, a na studia dla dzieci na SGGW by było. Wniosek nie wiem, czy słuszny, ale dla tych rozważań marginalny.</p>
<p>Skoro bowiem tacy przykładowi Norwegowie mają charakter kooperatywny, a my &#8211; antagonistyczny, to by znaczyło, że każdy z nas ma swoje tzw. zady i walety. Albowiem charakter przekorny nasz daje się we znaki w czas pokoju, jak i w czas wojny, ale &#8211; nie bójmy się tego przypomnieć &#8211; także w zawierusze dziejowej <a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Occupation_of_Norway_by_Nazi_Germany" target="_blank">norweska skłonność do współpracy</a> znalazła swoje ujście. Problemem jest tylko, że o sukcesach społeczeństw kooperatywnych mówi się wyłącznie dobrze (&#8222;Tacy na przykład Norwegowie kombajny na spółkę kupują&#8221;), podczas kiedy samych siebie przeważnie stawiają Polacy wyłącznie w złym świetle (&#8222;Bo my, Polacy, tylko wobec wroga jesteśmy solidarni&#8221;). Dlaczego?</p>
<p>Fraza &#8222;my, Polacy&#8221; jest niestety niezwykle popularna, a wśród obiegowych zdanek i wyrażonek gości na mojej czarnej liście od dość dawna. Zżymam się i zżymam, a ona jak gdyby nic sobie nie robiła z mojego zżymania. Dostała się nawet kiedyś na okładkę Polityki, której niestety w sieci nie znalazłem, pamiętam ją jednak jakoś sprzed dekady.  Oto była na niej Edyta Górniak, spod nabijanej cekinami kiecki z bazaru prezentująca różowe majty, które fotograf uchwycił zapewne przy nieudanych poszukiwaniach <a href="http://floorfilla.blog.pl/archiwum/index.php?nid=5046158" target="_blank">bobra</a>. Nagłówek zaś zapytywał dramatycznym głosem: &#8222;Skad my mamy taki gust?&#8221;.</p>
<p>Nie znam odpowiedzi, którą wystękała wtedy &#8222;Polityka&#8221;, co wydaje mi się zrozumiałe &#8211; skoro skądś mają TAKI gust, to nie jest to gazeta, którą warto wziąć do ręki, jeśli się, jak ja, takiego gustu nie ma. Piszę to jednak ironicznie (zdziwieni!?), bo oczywiście wiem, o jakich &#8222;nas&#8221; chodziło: o &#8222;nas, Polaków&#8221;.</p>
<p>&#8222;My, Polacy&#8221; w rozmówkach polsko-polskich zawsze jesteśmy beznadziejni: my, Polacy, nie sprzątamy po psach. My, Polacy, parkujemy na miejscach dla kalekich. My, Polacy&#8230; oj, czego my jeszcze nie robimy. Moja śp. polonistka z liceum mawiała nawet o naszej narodowej wadzie&#8230; że wziąść mówimy, zamiast wziąć. Narodowej, że jeszcze raz podkreślę kwalifikację czynu. Ciekawe tylko, kiedy wreszcie do Pana Kuby do Trójki zadzwoni inteligent z klasy nowej średniej, z auta w podróży służbowej ze skargą, że my, Polacy, tak gówniany PR mamy, że już się nawet narzekać nie chce.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://pszemau.com/2009/09/04/narodowe-charaktery/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Lwów, luty 2007</title>
		<link>http://pszemau.com/2007/02/21/lwow-luty-2007/</link>
		<comments>http://pszemau.com/2007/02/21/lwow-luty-2007/#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 21 Feb 2007 15:59:12 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Przemysław Bociąga</dc:creator>
				<category><![CDATA[Zdjęcia robię też]]></category>
		<category><![CDATA[w podróży]]></category>
		<category><![CDATA[komunizm]]></category>
		<category><![CDATA[Lwów]]></category>
		<category><![CDATA[McDonalds]]></category>
		<category><![CDATA[miasto]]></category>
		<category><![CDATA[podróże]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://pszemau.com/blog/2007/02/21/lwow-luty-2007/</guid>
		<description><![CDATA[Moja, jeśli wyliczenia są dokładne, jedenasta wizyta w Raju Utraconym. Na Wschodzie zmiany niewielkie: Moja dawna obserwacja, że najbardziej ugruntowaną tezą Lenina jest, że &#8222;w komunizmie kucharka powinna rządzić państwem&#8221;, dalej znajduje potwierdzenie w moim codziennym doświadczeniu. Ale ultrawylansowane (zgodnie z zasadą, że na Wschodzie bieguny są takie same, tylko większa pustka między nimi; tym [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Moja, jeśli wyliczenia są dokładne, jedenasta wizyta w Raju Utraconym.</p>
<p>Na Wschodzie zmiany niewielkie: Moja dawna obserwacja, że najbardziej ugruntowaną tezą Lenina jest, że &#8222;w komunizmie kucharka powinna rządzić państwem&#8221;, dalej znajduje potwierdzenie w moim codziennym doświadczeniu. Ale ultrawylansowane (zgodnie z zasadą, że na Wschodzie bieguny są takie same, tylko większa pustka między nimi; tym dobitniej widać i nędzę, i przepych) sushi-bary przy Prospekcie Svobody (pol. Wały Hetmańskie) wymagają baczniejszej uwagi następnym razem. Chociaż pewnie snobizm wschodni jeszcze nie dorósł do serwowania pierogów w takich miejscach, a bez <em>varenykiv</em> we Lwowie trudno mi ostatnio żyć.</p>
<p>Potwierdza się moja wersja, że &#8222;jadaj tam, gdzie tubylcy&#8221; oznacza zawsze McDonalda. Na ukrainie ta franczyzowa demokracja serwowała właśnie włoskie menu z McCiabattą (z plasteliny, autentycznie), ale za to herbatę można wybrać spośród: czarnej, cytrynowej, mięty i greya. I co, czy to nie mówi o Ukrainie równie dobitnie, jak <em>czeburiek</em> i setka wódki z ulicznej budy?</p>
<p>I jeszcze zdanie o tym, kogo zaskoczyła zima: we Lwowie studenci i licealiści jeżdżą do szkoły na biegówkach.</p>
<p>A teraz foty.</p>
<p><img id="image121" src="http://pszemau.com/blog/wp-content/image001.jpg" alt="image001.jpg" /></p>
<p><span id="more-131"></span> <img id="image122" src="http://pszemau.com/blog/wp-content/image004.jpg" alt="image004.jpg" /></p>
<p><img id="image123" src="http://pszemau.com/blog/wp-content/image005.jpg" alt="image005.jpg" /></p>
<p><img id="image129" src="http://pszemau.com/blog/wp-content/image025.jpg" alt="image025.jpg" /></p>
<p><img id="image128" src="http://pszemau.com/blog/wp-content/image024.jpg" alt="image024.jpg" /></p>
<p><img id="image127" src="http://pszemau.com/blog/wp-content/image022.jpg" alt="image022.jpg" /></p>
<p><img id="image130" src="http://pszemau.com/blog/wp-content/image026.jpg" alt="image026.jpg" /></p>
<p><img id="image126" src="http://pszemau.com/blog/wp-content/image013.jpg" alt="image013.jpg" /></p>
<p><img id="image125" src="http://pszemau.com/blog/wp-content/image015.jpg" alt="image015.jpg" /></p>
<p><img id="image124" src="http://pszemau.com/blog/wp-content/image009.jpg" alt="image009.jpg" /></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://pszemau.com/2007/02/21/lwow-luty-2007/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>5</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Boni pastoris est&#8230;</title>
		<link>http://pszemau.com/2006/08/05/boni-pastoris-est/</link>
		<comments>http://pszemau.com/2006/08/05/boni-pastoris-est/#comments</comments>
		<pubDate>Sat, 05 Aug 2006 18:04:35 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Przemysław Bociąga</dc:creator>
				<category><![CDATA[o sztuce]]></category>
		<category><![CDATA[w podróży]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://pszemau.com/blog/2006/08/05/boni-pastoris-est/</guid>
		<description><![CDATA[Krótka impresja z wyjazdu do Nowego Wiśnicza, który zafundowaliśmy sobie dzisiaj w ramach programu &#8222;Szaleństwo wolnej soboty&#8221;. Uwaga &#8211; sentencja: Dobra przewodniczka nie tylko pokazuje, ale także daje pomacać. Ja akurat nie macałem, bo dziewiętnastowieczne termofory mało mnie kręcą. Ale i bez macania impreza była udana, zrobiłem bowiem to, co zawsze chciałem: wszedłem do Obiektu [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Krótka impresja z wyjazdu do Nowego Wiśnicza, który zafundowaliśmy sobie dzisiaj w ramach programu &#8222;Szaleństwo wolnej soboty&#8221;. Uwaga &#8211; sentencja:</p>
<p><em>Dobra przewodniczka nie tylko pokazuje, ale także daje pomacać.</em></p>
<p>Ja akurat nie macałem, bo dziewiętnastowieczne termofory mało mnie kręcą. Ale i bez macania impreza była udana, zrobiłem bowiem to, co zawsze chciałem: wszedłem do Obiektu z Przewodnikem.</p>
<p>Przewodnicy to śmieszna kasta, poznałem ją zresztą od środka, kiedy jako niepełnoletni szczyl zrobiłem papiery przewodnika po Warszawie. Zaznajomiłem się wtedy z paroma prostymi prawdami z cyklu &#8222;kultura w działaniu&#8221;.</p>
<p><span id="more-34"></span> Triki te obserwowałem dzisiaj, chociaż nie udało mi się, co przyznaję z żalem, zdobyć się na pokorę i podążanie za stadem turystów pod opieką nawet tak sympatycznej blondyneczki opowiadającej o &#8222;freskach iluzjonicznych&#8221;. Jednak kiedy przytemperowała już pani Kinga moje ambicje samobieżności (strasząc zamknięciem w zamku na noc, co było chyba raczej groźbą dla nich, niż dla mnie) i posłuchałem jej trochę, odnalazłem wszystkie reguły przewodnickiego stada.</p>
<p>Po pierwsze: ludzie mają fakty gdzieś, a <em>prawda musi ustąpić sile opowieści</em> (Hłasko). I tu pełna zgoda, wszak zwiedzanie Obiektu ma być raczej filmem przygodowym, niż dokumentalnym. Problem zaczyna się, kiedy prawda jest ciekawsza, niż fikcja i zwyczajne głupoty, a i tak ustępuje. Przykładem kule armatnie, jakoby przyklejające się do murów wskutek ostrzału z piętnastowiecznych bombard, a w rzeczywistości wmurowane na fali romantycznych rekonstrukcji w XIX wieku. To klasyczny syndrom filmów &#8222;luźno opartych na faktach&#8221;, które strasznie trzeszczą i skrzypią w tych poluzowaniach. Zabawnie brzmi w przypadku obiektu zwiedzanego przez dziesięć osób dziennie stwierdzenie, że &#8222;narracja przewodnicka kierowana jest do masowego odbiorcy&#8221;, ale niestety tak jest.</p>
<p>Po drugie: zdarte płyty przewodników, dla których duch nawiedzający  komnaty zamkowe jest równie oczywisty, jak obecność, powiedzmy, klatki schodowej. <em>Zaprawdę, powiadam, zmiana to koszmarna/Gdy się Jeanne d&#8217;Arc zmienia w żandarma</em> &#8211; pisał bodajże Kern. Równie nieciekawie wygląda sprawa, kiedy Biała Dama staje się zajeżdżoną chabetą.</p>
<p>Po trzecie wreszcie i najśmieszniejsze, przewodnicy wprowadzają turystów w pułapki własnych klisz. Prócz historii o zamachach, truciznach i upiorach uwielbiają oni bowiem jeszcze jeden rodzaj sztuczek: te motywy z armatą, która wypala na widok dziewicy, kamiennych lwów które ryczą, gdy pogłaszcze je nieuczciwy człowiek &#8211; można by z łatwością napisać generator takich bajań.<br />
Tymczasem w każdej grupie zwiedzających znajdzie się ktoś &#8211; gwiazda typu dowcipniś &#8211; kto da się podpuścić, uda, że to właśnie jemu się stało, lew zaryczał, armata wypaliła, co tam jeszcze&#8230; I wtedy grupa bucha gromkim śmiechem, bo oto to jest ten, który zdobył się na taki żart, sam go wymyślił, no proszę. Przewodnik ma na tę okazję rodzaj aprobującego półuśmiechu, który wszyscy odczytują jako &#8222;jemu też się podobało&#8221;, tudzież &#8222;na niej też zrobił wrażenie ten nasz grupowy jajcarz&#8221;. A prawda jest taka, moi mili, że przewodnik to słyszał już tyle razy w tym roku, ile grup oprowadzał. Szanowny panie po czterdziestce, który właśnie chowasz dłoń w rękaw i udajesz, że odgyzł ci ją potwór siedzący w wazie, który robi to niegrzecznym chłopcom &#8211; takich pajaców jak ty było tu dziś przed tobą tuzin, każdy jedyny i niepowtarzalny. Błagam, nie chcemy już tego słuchać. Przewodnicka umiejętność sterowania grupą, żeby robiła to, co chcemy, i myślała, co jej powiemy, staje się bronią obosieczną.</p>
<p>Znacznie rzadziej, wżdy jednak, mamy do czynienia z ludźmi którym przewodnickie sztuczki się przeżarły i to w obiektach, do których samobieżnych turystów się nie wpuszcza &#8211; i w ich imieniu pragnę tu złożyć jeszcze jeden postulat:<br />
Jeśli, miła pani, chce nas pani karmić bajaniami o duchach w miejsce (a nie oprócz) nazwiska architekta, niech pani chociaż umie odpowiedzieć na pytanie, czy ten wiszący na ścianie plan z XVII wieku jest orientowany.</p>
<p><em>To znaczy</em> &#8211; dodałem widząc zakłopotanie &#8211; <em>czy północ jest na górze.</em></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://pszemau.com/2006/08/05/boni-pastoris-est/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
	</channel>
</rss>
