" />

z sufitu

Obawiam się adwokatów i ich echa – dziennika,
będącego tylko słowem,
którego brzmienie trwa dwadzieścia cztery godziny:
oto tyrani zagrażający nam dzisiaj.
- Astolphe de Coustine

05 sie 06
sobota

Boni pastoris est…

Napisał Przemysław Bociąga o sztuce, w podróży

Krótka impresja z wyjazdu do Nowego Wiśnicza, który zafundowaliśmy sobie dzisiaj w ramach programu „Szaleństwo wolnej soboty”. Uwaga – sentencja:

Dobra przewodniczka nie tylko pokazuje, ale także daje pomacać.

Ja akurat nie macałem, bo dziewiętnastowieczne termofory mało mnie kręcą. Ale i bez macania impreza była udana, zrobiłem bowiem to, co zawsze chciałem: wszedłem do Obiektu z Przewodnikem.

Przewodnicy to śmieszna kasta, poznałem ją zresztą od środka, kiedy jako niepełnoletni szczyl zrobiłem papiery przewodnika po Warszawie. Zaznajomiłem się wtedy z paroma prostymi prawdami z cyklu „kultura w działaniu”.

(dalej…)

02 sie 06
środa

Pan Cogito, rembrandtysta

Napisał Przemysław Bociąga o literaturze, o sztuce

Zupełnie niedawno pastowałem buty (pastowałem, to staromodne określenie tego, co robi się z nubukiem, ale nie bardzo to ważne) na średnio starym +Plus-minusie, czyli dodatku kulturalnym Rzepy. Chwilę potem dodatek ten wyrzuciłem, a chwilę wcześniej – przeczytałem. Był on streszczeniem chyba doktoratu (in spe) jakiejś pani (której nazwiska nie zapamiętałem) o poglądach śp. poety Herberta na śp. malarza van Rijn.

Swoją drogą jeśli doktorat jest o tekście Herberta (rozchodzi się o niepublikowany esej) o Rembrandcie, to kto właściwie jest autorem doktoratu, a kto jego tematem? Zresztą nieważne.

Ważne, że bardziej rzymski niż katolik pisze o malarzu w sposób, którego historycy sztuki powinni się uczyć. Z cytowanych fragmentów wynika, że „tekściarz Gintrowskiego” znacznie lepiej od nich przenikał do istoty sprawy, a sprawą w malarstwie, a raczej w Sztuce w ogólności jest co innego niż przyjęło się sądzić w socjecie. Strasznie dużo bowiem mówi się o wpływach, o szkołach, o zapożyczeniach, o Painting and patronage, o Social Critique of the Judgement of Taste, o kolekcjach, darach, wpływach, skandalach i trendach. Herbert, o ile dobrze zrozumiałem z fragmentów, czniał wszystko, z sobie właściwą gracją przenikając do istoty rzeczy. A istotą rzeczy był poruszający, czysty zachwyt nad Pięknem, nad metafizyką Światła, nad napięciem w obrazach i znaczeniem. Próba zracjonalizowania (przez zwerbalizowanie, nie przez bibliografię) estetycznego zachwytu.
Czego, rzecz jasna, nie przytoczę wam w cytatach, gdyż na Herbercie i Rembrandcie wypastowałem buty.

Rembrandt - portret Cornelisa Anslo

25 lip 06
wtorek

Libertyn po angielsku

Napisał Przemysław Bociąga o kinie, o sztuce

Czas zmierzyć się z tematem Libertine‘a, przetłumaczonego na polski, dość brzydko chyba, jako rozpustnik*. Właściwie nie wiem, czemu nie podoba nam się ten tytuł, ale nie podoba nam się i już – gust jest kategorią społeczną i nie mnie stawać okoniem wobec tego nurtu.

Brudny, ziarnisty, piękny i wyważony, barwny ale monochromatyczny Libertyn już trzy razy przyciągnął mnie do kina i wypada chyba uznać, że więcej już z niego nie zrozumiem – albo strzelić sobie w łeb, że tyle rzeczy umyka mi nadal.

Wbrew nadziejom niektórych, jest to film w pierwszej kolejności o sztuce, a dopiero w drugiej albo trzeciej – o władzy. Zresztą pytania o naśladownictwo i rolę mimesis (tu kulminacyjny cytat – Jam naturą, a ty sztuką) zdają się adekwatne do epoki, w której rozgrywają się dzieje earla Rochester. Iście po amerykańsku namierzona postać do sportretowania: geniusz-dewiant, podważający (tu, jakoby, swoją seksualnością, choć to akurat zdaje mi się wątpliwe) podstawowe zasady życia społecznego, w końcu pokazuje swoje inne oblicze. Problem z nakreśleniem postaci polega chyba na tym, że jego perwersja osiąga apogeum w pierwszej scenie (-Did you like abduction?) i potem już tylko opada. Że opada, to akurat dobrze dla filmu – pieprzeniem też można przesłodzić. Ale ta pierwsza scena… pozostawia jakieś wrażenie, którego następnie trzeba się pozbywać. W porównaniu z tym nawrócenie grzesznika-rozpustnika (które pono rzeczywiście stało się udziałem Wilmota przed śmiercią) wypada dość blado, a sama jego mowa (której specjalnie przysłuchiwałem się trzy razy) jest może i mocnym akcentem filmu, ale nie pozostawia po sobie chyba wielkich przemyśleń.

Postać jako taka wydaje się mocniej dograna przez Deppa, któremu wystarczy dość porządny film, żeby pokazać pełnię kunsztu, niż napisana – chyba, że reżyserowi zależało na analizie psychologicznej alkoholika w XVII wieku. Przekonujący ale pusty portret sybaryty i lekkoducha, który dodatkowo wspierają talentami: ten pan, co to jest jak John Malkovich czy Rozamunda Pike (whoa! Ta laska jeszcze przed chwilą była do obejrzenia w Doomie i kto by się spodziewał, że jak się wkurzy na ekranie, to mam ochotę sam ją przebłagiwać? Co umie grać, to jej.) I jeszcze ta pani Samantha Norton, brzydka, ale utalentowana – jak mówił o niej sam Johnny Wilmot.

No i ta kamerka. Scena liryczna w parku św. Jakuba to mistrzostwo świata.

John Wilmot

__________

* Dodam, że chyba nigdy tłumaczenie filmu samego, nie tytułu, wzbudziło tyle mojego entuzjazmu. Nazwisko tłumacza, by go tu w miarę możliwości uhonorować, niestety nie zostało dostatecznie wyeksponowane.

« Poprzednia strona