" />

z sufitu

Obawiam się adwokatów i ich echa – dziennika,
będącego tylko słowem,
którego brzmienie trwa dwadzieścia cztery godziny:
oto tyrani zagrażający nam dzisiaj.
- Astolphe de Coustine

25 gru 06
poniedziałek

Norvidiana | świąteczne – tak wyszło

Napisał Przemysław Bociąga o niczym

Jak mówią dawne, choć nowe baje
Są gdzieś na świecie tym Mikołaje
W Laponii, chociaż wieść niedzisiejsza
Głosi, że domem ich Azja jest. Mniejsza
Zresztą o to, gdyż ważne nynie,
Że ich gdzieś tropią w wiecznej zmarzlinie,
A tam schwytawszy, gdzie świecą zorze,
Ich eksportują flotą za morze,
Gdzie, odstawieni, niczym w muppetach,
Wręczają paczki w supermarketach.

Straszne są młyny ? przyznacie sami,
Kiedy Mikołaj wjeżdża saniami:
Tu Bóg się rodzi, tu moc truchleje,
A ten w szlafroku cudak się śmieje,
W czapce z pomponem i z ?pastorałem?,
Drwi z Narodzenia darów nawałem.

(dalej…)

06 gru 06
środa

insajder dżołk

Napisał Przemysław Bociąga o niczym, o polityce

Plenum Samoobrony:

- Czy są jakieś pytania lub wolne wnioski?
- Czy można zgwałcić prostytutkę?

05 gru 06
wtorek

I’m feeling lucky

Napisał Przemysław Bociąga o niczym

Lewacy mają od jakiegoś czasu nowy target: Google. To na przykład podpatrzyłem dziś w autobusie:

znalezc-w-google.jpg

Można. Od pewnego czasu nie daję już ludziom adresu bloga. Każę po prostu guglać moje nazwisko. Działa. Szczęśliwy traf.
feelinglucky.jpg

14 paź 06
sobota

Przeprosiny/ sprostowanie

Napisał Przemysław Bociąga o niczym

Chciałbym niniejszym przeprosić wszystkich mieszkańców „wiadomo której” miejscowości, za nazywanie jej Pipidówem. Kiedy pisałem pierwszy artykuł, który docelowo miał być jedynym, chodziło mi tylko o podkreślenie, jak niewysokim stanowiskiem jest „wójt Pipidówa”.

Sprawa niestety, za przyczyną tego ostatniego zresztą, wymknęła się spod kontroli. Nie chciałbym, żebyście Państwo myśleli, że to określenie wyraża mój negatywny stosunek do Waszej – a tak naprawdę w pewnym sensie naszej – miejscowości. Przyjętego określenia nie zmienię do końca całej maskarady tylko ze względu na to, że niektórzy śledzący wątek mogliby się pogubić. Sama maskarada zaś trwać będzie dalej dlatego, że w całej serii moich wypowiedzi naprawdę nie chodziło mi – tak jak nie chodziło całej redakcji Pulsu – o ataki personalne, a jedynie o nakreślenie stanu spaw w Polsce, które tu widać w skali mikro.

Przeciwną interpretację przyjął wójt gminy i konsekwentnie dąży do zdemaskowania samego siebie. Ja jednak uparcie trzymam się mojej konwencji – Wójt ma zagwarantowaną anonimowość, zaś ja podpisuję się nazwiskiem.

Z poważaniem,
Przemysław Bociąga

ps. Na osłodę, coś z cudów znalezionych w mailu. Oficjalna strona polskiej policji, uważacie? Kraj-raj, ja nie emigruję!

15 wrz 06
piątek

Rekord Guinessa w bzdurach

Napisał Przemysław Bociąga o niczym, o reklamie

Dzisiejszy Teleexpress traktował między innymi o pewnym panu, który w ciągu ostatnich czterech lat nawlókł na nitkę 75 metrów pestek od jabłek. Nietrudno się domyślić, że pastwę będzie miała z niego kampania reklamowa doskonałego piwa, która już dawno przerosła swój produkt – Księga Guinessa. Pan konsument jabłek ma ponoć dostać się do Księgi z okazji swoich, przypadających niebawem, 77 urodzin. Będzie tam figurował jako wykonawca „najdłuższego sznurka z nanizanymi pestkami od jabłek”.
Ja tylko jestem ciekaw: kiedy Księga Rekordów Guinessa dostanie się do Księgi Rekordów Guinessa w kategorii największej ilości kategorii?

19 lip 06
środa

Glosy na kacu poobronnym

Napisał Przemysław Bociąga o niczym

Się stało. Moja praca „Poleska mitologia. Świadomość historyczna i dziedzictwo mieszkańców wsi Polesia Wołyńskiego” (czy jakoś tak), wysłużyła mi tytuł licencjata, czyli, było nie było, zawodowego antropologa. Jako zawodowy antropolog mam wyższe kompetencje, prestiż naukowy i kaca. Niemoralnego. Korzystając z okacji chciałbym podziękować za wsparcie wszystkim, którzy byli ze mną w trudnych chwilach związanych z tym licencjatem, zwłaszcza wczoraj między trzecim piwem a zakończeniem oblewania.

Gdyby ktoś uznał mnie za wzorowego studenta i postanowił naśladować w pewnych sprawach naukowych, uznałby chyba, że przygotowania do obrony polegają na kilku rzeczach: mieć wypucowane buty, dużo chodzić do kina i grać w Cywilizację.
Była to zupełnie pierwsza moja obrona, więc nie wiem, co było typowe, a co nie. Ale chyba było śmiesznie.
Mój promotor siedział sobie znudzony w zielonym tiszercie, co przemiło kontrastowało z moją sztywną pozą pod nienagannie zawiązanym podwójnym windsorem oraz trzyczęściowym garniakiem, w którym czułem się jak pod szklarnią. Pani Profesor, przewodnicząca komisji, posprzeczała się z panią doktor recenzentką o opozycyjność kategorii mit/historia u Levi-Straussa. Niestety nie miałem zdania na ten temat, więc wycofałem się z dyskusji.
Pode drzwiami, gdzie „wśród dam zająłem miejsce” czekały na obronę dwie osoby, którym to samo, co mi, zajęło dwa lata mniej – ha ha ha :|. Ciekawe, jak im poszło. Nie poczekałem, żeby się dowiedzieć. Poszedłem na piwo. Jak się skończyło – już wiecie.

Ale, wszystko dobre, co się dobrze kończy – na przykład mój „przewód licencjacki” :)

12 lip 06
środa

Arkanoid jako metafora przemijania

Napisał Przemysław Bociąga o niczym

Wczoraj w lesie rembertowskim znaleziono chłopaka. Miał dwadzieścia dwa lata. Dwa lata temu stracił prawo jazdy i dostał wyrok w zawiasach za jazdę po pijaku. Później, jakoś niedawno, spowodował wypadek jadąc z dziewczyną, może znów po pijaku, na pewno bez prawka. Zeznali na policji, że to auto skradziono kilka godzin wcześniej, a im samym nic się nie stało. Mimo tego musiał się najwyraźniej bać, że odwieszą mu wyrok. Dwa dni temu zadzwonił do szefa – jednego z moich sąsiadów, dla którego pracuje biuro mojej mamy, a zatem czasem i ja. Zadzwonił, żeby przeprosić za wszystko.

Oczywiście, sprawa jest prosta. Ktoś go w porę nie dostrzegł. Ktoś mu nie pomógł. Jakiś jołop nie pojął, że człowiek, który nagle dzwoni z przeprosinami „za wszystko”, może być o krok od czegoś takiego. Samobójcy chyba nie biorą się znikąd, musi być widać to zagrożenie w zarodku. Ale, czy ja bym się poznał?

Nieważne. Chłopak nie żyje. Z lęku przed karą, przed odpowiedzialnością. Nie znałem go. Podobno miał brata bliźniaka. W ogóle nie słyszałem o nim wcześniej i jego osoba nie jest mi nijak bliska.

No, kłamię – był raptem dwa lata młodszy ode mnie. Chłopak w moim wieku odebrał sobie życie z powodu, który w ostatecznym – tak ostatecznym – rozrachunku jest jednak okrutnie błahy. Nikogo nie zabił. Miał czas na przemyślenie, poprawę. Na wszystko, do cholery miał czas. Był w moim wieku, prawda? Życie miał przed sobą!

Nie wiem, czy to bardziej przez to, czy przez literackość całego wątku samobójstwa (telefon z przeprosinami, doprawdy wystudiowane – dying is an art, like everything else), ale poczułem się w jednej chwili, jakby ramię zbrojne rzeczywistości kopnęło mnie w samo podbrzusze ciężkim buciorem. A raczej tak z kolana, o cal powyżej spojenia łonowego.

(dalej…)

02 lip 06
niedziela

Troubleshooter

Napisał Przemysław Bociąga o niczym

Teraz, kiedy nic nie jest gotowe, dwa słowa gwoli wyjaśnienia idei. A że tłumaczyć się nie lubię, zaserwuję P.T. Czytelnikom historyjkę, o tym, jak Marek kupował kiedyś śniadanie. Może wytłumaczy ona ideę głupich pomysłów i stawania przed koniecznością podjęcia decyzji na już. (dalej…)

« Poprzednia strona