Wczoraj w lesie rembertowskim znaleziono chłopaka. Miał dwadzieścia dwa lata. Dwa lata temu stracił prawo jazdy i dostał wyrok w zawiasach za jazdę po pijaku. Później, jakoś niedawno, spowodował wypadek jadąc z dziewczyną, może znów po pijaku, na pewno bez prawka. Zeznali na policji, że to auto skradziono kilka godzin wcześniej, a im samym nic się nie stało. Mimo tego musiał się najwyraźniej bać, że odwieszą mu wyrok. Dwa dni temu zadzwonił do szefa – jednego z moich sąsiadów, dla którego pracuje biuro mojej mamy, a zatem czasem i ja. Zadzwonił, żeby przeprosić za wszystko.
Oczywiście, sprawa jest prosta. Ktoś go w porę nie dostrzegł. Ktoś mu nie pomógł. Jakiś jołop nie pojął, że człowiek, który nagle dzwoni z przeprosinami „za wszystko”, może być o krok od czegoś takiego. Samobójcy chyba nie biorą się znikąd, musi być widać to zagrożenie w zarodku. Ale, czy ja bym się poznał?
Nieważne. Chłopak nie żyje. Z lęku przed karą, przed odpowiedzialnością. Nie znałem go. Podobno miał brata bliźniaka. W ogóle nie słyszałem o nim wcześniej i jego osoba nie jest mi nijak bliska.
No, kłamię – był raptem dwa lata młodszy ode mnie. Chłopak w moim wieku odebrał sobie życie z powodu, który w ostatecznym – tak ostatecznym – rozrachunku jest jednak okrutnie błahy. Nikogo nie zabił. Miał czas na przemyślenie, poprawę. Na wszystko, do cholery miał czas. Był w moim wieku, prawda? Życie miał przed sobą!
Nie wiem, czy to bardziej przez to, czy przez literackość całego wątku samobójstwa (telefon z przeprosinami, doprawdy wystudiowane – dying is an art, like everything else), ale poczułem się w jednej chwili, jakby ramię zbrojne rzeczywistości kopnęło mnie w samo podbrzusze ciężkim buciorem. A raczej tak z kolana, o cal powyżej spojenia łonowego.
(dalej…)