<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>z sufitu &#187; o mediach</title>
	<atom:link href="http://pszemau.com/category/o-mediach/feed/" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>http://pszemau.com</link>
	<description>mój intymny kontakt z istotą gatunku</description>
	<lastBuildDate>Sun, 11 Apr 2010 09:44:30 +0000</lastBuildDate>
	<language>en</language>
	<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
	<generator>http://wordpress.org/?v=3.0</generator>
		<item>
		<title>Waterworld</title>
		<link>http://pszemau.com/2010/03/23/waterworld/</link>
		<comments>http://pszemau.com/2010/03/23/waterworld/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 23 Mar 2010 09:08:58 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Przemysław Bociąga</dc:creator>
				<category><![CDATA[o mediach]]></category>
		<category><![CDATA[o tzw. społeczeństwie]]></category>
		<category><![CDATA[dziennikarze]]></category>
		<category><![CDATA[Dzień Wody]]></category>
		<category><![CDATA[feministki]]></category>
		<category><![CDATA[Sudan]]></category>
		<category><![CDATA[świeckie święta]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://pszemau.com/?p=429</guid>
		<description><![CDATA[Wczorajsza bluźnierczo poranna audycja Trójki uprzejmie poinformowała mnie o dzisiejszym wpisie do kalendarza świeckich świąt: Dzień Wody. Relacja z Sudanu (z Sudanu trzeba takie rzeczy nadawać?): - A więc ja, korespondent z Afryki Dzikiej, pytam cię, prowadzący w studio: ile rano wody zużywasz? Policzmy: prysznic był? Był. Pięćdziesiąt litrów, długi, budząco-myjący prysznic. Golenie było? Było. [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Wczorajsza bluźnierczo poranna audycja Trójki uprzejmie poinformowała mnie o dzisiejszym wpisie do kalendarza świeckich świąt: Dzień Wody. Relacja z Sudanu (z Sudanu trzeba takie rzeczy nadawać?):</p>
<p><em>- A więc ja, korespondent z Afryki Dzikiej, pytam cię, prowadzący w studio: ile rano wody zużywasz? Policzmy: prysznic był? Był. Pięćdziesiąt litrów, długi, budząco-myjący prysznic. Golenie było? Było.<br />
- Nie było.<br />
- No, ale przecież się golisz, nie codziennie, to co drugi dzień. A więc golenie, gdyby było, pięć litrów, bo przecież nie zakręcasz kranu na czas golenia. Mycie zębów. Też nie zakręcasz. A jeszcze herbata, śniadanie. To razem daje sto litrów! A sto litrów, to jest pięć takich dużych baniaków, które <strong>twoja żona musiałaby nosić ze studni</strong> przez cały dzień!</em></p>
<p>Fajne te świeckie święta w Brukseli. Za miesiąc zapewne uchwalą Dzień Walki ze Stereotypami na Temat Stosunku Czarnoskórych Mahometan do Kobiet. Ciekawe, jakie wtedy supozycje będzie serwował koledze korespondent Trójki.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://pszemau.com/2010/03/23/waterworld/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Otoczaki</title>
		<link>http://pszemau.com/2010/02/18/otoczaki/</link>
		<comments>http://pszemau.com/2010/02/18/otoczaki/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 18 Feb 2010 10:04:28 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Przemysław Bociąga</dc:creator>
				<category><![CDATA[o mediach]]></category>
		<category><![CDATA[lingwistyka stosowana]]></category>
		<category><![CDATA[media]]></category>
		<category><![CDATA[restrukturyzacja]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://pszemau.com/2010/02/18/otoczaki/</guid>
		<description><![CDATA[Problem natury redaktorskiej: czy &#8222;restrukturyzacja&#8221; jest eufemizmem na określenie masowych zwolnień, czy &#8222;masowe zwolnienia&#8221; to tylko histeryczna nazwa restrukturyzacji?]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Problem natury redaktorskiej: czy &#8222;restrukturyzacja&#8221; jest eufemizmem na określenie masowych zwolnień, czy &#8222;masowe zwolnienia&#8221; to tylko histeryczna nazwa restrukturyzacji?</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://pszemau.com/2010/02/18/otoczaki/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>1% marketingu</title>
		<link>http://pszemau.com/2010/02/16/1-procent-marketingu/</link>
		<comments>http://pszemau.com/2010/02/16/1-procent-marketingu/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 16 Feb 2010 13:49:07 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Przemysław Bociąga</dc:creator>
				<category><![CDATA[o mediach]]></category>
		<category><![CDATA[o niczym]]></category>
		<category><![CDATA[o reklamie]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://pszemau.com/?p=417</guid>
		<description><![CDATA[Zdefiniowałem kiedyś na użytek własny (i, niestety, z własnego doświadczenia) wolny zawód jako taki, bez którego generalnie można się obejść. Przez bezosobowe &#8222;się&#8221; rozumiem nie korpów, którzy w zasadzie utrzymują wolne zawody przy życiu, ale całą klasę średnią, czyli małe i średnie przedsiębiorstwa, skupione na nieartystycznej produkcji, handlu i usługach. W uproszczeniu: wolny zawód reprezentujesz [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Zdefiniowałem kiedyś na użytek własny (i, niestety, z własnego doświadczenia) wolny zawód jako taki, bez którego generalnie można się obejść. Przez bezosobowe &#8222;się&#8221; rozumiem nie korpów, którzy w zasadzie utrzymują wolne zawody przy życiu, ale całą klasę średnią, czyli małe i średnie przedsiębiorstwa, skupione na nieartystycznej produkcji, handlu i usługach. W uproszczeniu: wolny zawód reprezentujesz wtedy, kiedy, biorąc do ręki np. drukowany folder, stwierdzasz, że przy jego pracy nie pracował fotograf, grafik, dziennikarz, redaktor ani fotoedytor i gdybyś przyłożył się do tego dzieła, z pewnością przynajmniej pod jednym z tych względów byłoby ono lepsze.</p>
<p><span id="more-417"></span>Mam parę zawodów &#8211; wszystkie wolne. Wolne od obowiązków służbowych w większości małych firm, za to obciążone koszmarnym bólem zębów właśnie w takich sytuacjach. Jest jednak wiele rzeczy, których nie umiem i zawsze zaliczałem prawdziwy marketing do zawodów tylko trochę wolnych. Zeby było jasne: nie współczuję im. Na biednego nie trafiło. Po prostu myślałem, że trochę więcej jest na świecie ludzi, którzy chcąc przeprowadzić kampanię reklamową, stają rozdziawieni jak ja nad dziurawą miską olejową i &#8211; jednak &#8211; dzwonią po specjalistę. Brak marketingu zawsze kojarzył mi się z wiekopomną frazą:</p>
<blockquote><p>___(tu wpisz nazwę swojego produktu)___ domowe &#8211; smaczne i zdrowe!!!</p></blockquote>
<p>Dlatego od pewnego czasu bawią mnie różne przejawy braku, albo wręcz kontrmarketingu. W okresie gorącej walki o tzw. jeden procent podatków zaś za najbardziej zasłużoną w niekorzystaniu z usług tej obmierzłej branży uważam fundację <a href="http://akogo.pl/" target="_blank">akogo</a> Ewy Błaszczyk. Sama nazwa odbija się ode mnie jak piłeczka &#8211; nie kapuję jej w ogóle. Ale mniejsza o nazwę, niech jej DNS-y lekkimi będą. Długo nie mogłem zapomnieć wiekopomnej reklamy radiowej: &#8211; Czy wiesz, że X% pacjentów zachowuje przytomność w śpiączce? &#8211; pytał głos. &#8211; A kogo to obchodzi? &#8211; kwitował inny obojętnym tonem. No właśnie, kogo? Mnie już nie, dałem się ponieść tej, świetnie rozreklamowanej, fali obojętności społecznej. I chyba będę trwał w niej nadal, skoro najnowszy billboard informuje mnie, że dzieciom w śpiączce mogę poprawić świat o&#8230; jeden procent.</p>
<p>Za jeden procent poprawy, to mi się palcem w bucie nie chce kiwnąć. Oddam swój haracz komuś, kto uczyni z niego dziesięć, sto albo tysiąc procent poprawy.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://pszemau.com/2010/02/16/1-procent-marketingu/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Wybloguj się</title>
		<link>http://pszemau.com/2009/10/19/wybloguj-sie/</link>
		<comments>http://pszemau.com/2009/10/19/wybloguj-sie/#comments</comments>
		<pubDate>Sun, 18 Oct 2009 22:34:42 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Przemysław Bociąga</dc:creator>
				<category><![CDATA[o kinie]]></category>
		<category><![CDATA[o mediach]]></category>
		<category><![CDATA[blogi]]></category>
		<category><![CDATA[gotowanie]]></category>
		<category><![CDATA[kino]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://pszemau.com/?p=364</guid>
		<description><![CDATA[Nowy film Nory Ephron, Julie &#38; Julia, ze zrozumiałych względów łatwy do pomylenia z &#8222;Diabłem, co to się sami wiecie gdzie ubiera&#8221;, zaskoczył mnie bardzo miło. Bardzomiłość zaskoczenia polegała głównie na tym, że przekonany, że idę dokarmić zagniewanego mzimu chodzenia na nie-zabijacko-napadalskie romkomy, trafiłem nań w sumie przypadkiem i przekonywałem się z minuty na minutę [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Nowy film Nory Ephron, Julie &amp; Julia, ze zrozumiałych względów łatwy do pomylenia z &#8222;Diabłem, co to się sami wiecie gdzie ubiera&#8221;, zaskoczył mnie bardzo miło. Bardzomiłość zaskoczenia polegała głównie na tym, że przekonany, że idę dokarmić zagniewanego mzimu chodzenia na nie-zabijacko-napadalskie romkomy, trafiłem nań w sumie przypadkiem i przekonywałem się z minuty na minutę seansu. To ostatnio rzadkie, bo od kiedy odzwyczaiłem się chodzić do kina ot tak, chodzę głównie na filmy, o których mam nadzieję, że będą mi się podobać, a zatem grunt pod pozytywną recenzję jest przygotowany.</p>
<p style="text-align: center;"><img class="aligncenter size-full wp-image-368" title="Julia_Child" src="http://pszemau.com/wp-content/uploads/2009/10/Julia_Child.jpg" alt="Julia_Child" width="320" height="238" /></p>
<p><span id="more-364"></span></p>
<p>Druga bardzomiłość zaskoczenia bierze się zaś stąd, że film nie dość, że śmieszny i sympatyczny, okazał się w jakimś sensie niegłupi. Historia, stanowiąca dwie trzecie fabuły, opowiada o dziewczynie w niemal moim wieku, która nie ma pomysłu na siebie. Zupełnie przypadkiem jej mąż (mąż!) udziela jej rady, którą ja sprzedałem dwa razy w ciągu ostatnich kilku miesięcy &#8211; zupełnie przypadkiem &#8211; moim rówieśnikom w podobnym stanie ducha. &#8222;Załóż blog!&#8221;.</p>
<p>Blog Julie nie był przebłyskiem geniuszu młodych-zdolnych-energicznych, którzy napaleni na sukces rzucili się na wszystko, kupili pięćdziesiąt poradników o blogowaniu i trzeciego dnia pisania miernych notek zaczęli udzielać się w &#8222;blogosferze&#8221; za pomocą komciów &#8222;Fajnie! Zapraszam do mnie!&#8221;. <a href="http://blogs.salon.com/0001399/" target="_blank">Blog Julie</a> był wynikiem trzeźwej kalkulacji; był jej ostatnią deską ratunku, żeby przed trzydziestką w ogóle zrobić coś oprócz gnicia w biurowym przedziale. Był prostym, jednostrzałowym pomysłem, w swej prostocie bardzo podręcznikowym: ugotować wszystkie potrawy ze sławnej, amerykańskiej książki kucharskiej innej, siedem dekad starszej <a href="http://pl.wikipedia.org/wiki/Julia_Child" target="_blank">Julii</a>. Warto przeczytać te kilka słów jej biografii: ukończyła studia humanistyczne, przyzwoicie wyszła za mąż, trochę podpracowywała jako biurwa, ale głównie była żoną. Jej następczyni &#8211; moja rówieśnica nieomal, cierpiała na ten sam problem. Uwagę tę dedykuję&#8230; ona wie, komu.</p>
<p>Obie osiągnęły to, co chciały (owszem, zdradzam zakończenie filmu, ale jest to zakończenie przewrotne &#8211; ekranizacja autobiografii osoby, która osiągnęła sukces, dzięki napisaniu autobiografii &#8211; chyba nie trzeba więc ukrywać, że taż w końcu powstanie?). Jednak historia Julie Powell jest na pierwszym planie, a Julie wylansowała się blogiem i mimo wszelkich uproszczeń, które najbardziej chyba przypominają <em>Diabła&#8230;</em>, jest to podane &#8211; wybaczcie dwuznaczność &#8211; strawnie i wiarygodnie.</p>
<p>Kino opuszczałem z poczuciem ulgi, bo w trakcie seansu dotarła do mnie prosta obserwacja. Coś, co nazywane jest blogosferą (ciekawa wymiana uwag z F. pozwoliła mi wykrystalizować myśl: termin blogosfera to dziś już zasłona dymna, którą dziennikarze przesłaniają prawdę, że nie ma żadnej osobnej blogo-sfery) musiało, jako fenomen społeczny, doczekać się monografii. Ta monografia powstała i dzięki inteligentnemu rozegraniu sprawy przez p. Ephron, powstała jako fajny i nienachalny film. Nie mówię, że nie było świetnie &#8211; może było, może nie, a ja jestem niesłusznie podniecony. Ale mogło być duuużo, duuużo gorzej.</p>
<p>Bo chyba nadal większość projektów internetowych zaczyna się jak kapele garażowe &#8211; od chwytliwej nazwy, słomianego zapału i snu o <em>gruppies</em>, robiących loda w <em>green roomie</em>.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://pszemau.com/2009/10/19/wybloguj-sie/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Czy podróże kształcą?</title>
		<link>http://pszemau.com/2009/10/01/czy-podroze-ksztalca/</link>
		<comments>http://pszemau.com/2009/10/01/czy-podroze-ksztalca/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 01 Oct 2009 18:01:03 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Przemysław Bociąga</dc:creator>
				<category><![CDATA[o Człowieku]]></category>
		<category><![CDATA[o dalekich stronach]]></category>
		<category><![CDATA[o mediach]]></category>
		<category><![CDATA[w podróży]]></category>
		<category><![CDATA[antropologia]]></category>
		<category><![CDATA[dziennikarze]]></category>
		<category><![CDATA[harcerstwo]]></category>
		<category><![CDATA[komunikacja]]></category>
		<category><![CDATA[Levi-Strauss]]></category>
		<category><![CDATA[pociągi]]></category>
		<category><![CDATA[poczekalnie]]></category>
		<category><![CDATA[podróże]]></category>
		<category><![CDATA[rosja]]></category>
		<category><![CDATA[Skandynawia]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://pszemau.com/?p=257</guid>
		<description><![CDATA[&#8222;&#8230;brzydkich wyrazów nie będę używał, studia ze zdrowym rozsądkiem pogodzę&#8230; Wiesz, mamo, studia też kształcą, a podróże są drogie.&#8221; - śpiewało się kiedyś piosenkę Poniedzielskiego przy ogniskach na wyjazdach, które niewątpliwie jakoś tam edukowały. Nauczyło mnie więc życie harcerskie, żeby zawsze mieć przy sobie apteczkę, w której zawsze brakuje dokładnie tego jednego leku na dolegliwość, [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><em>&#8222;&#8230;brzydkich wyrazów nie będę używał,<br />
studia ze zdrowym rozsądkiem pogodzę&#8230;<br />
Wiesz, mamo, studia też kształcą,<br />
a podróże są drogie.&#8221;</em></p>
<p><em>-</em> śpiewało się kiedyś piosenkę Poniedzielskiego przy ogniskach na wyjazdach, które niewątpliwie jakoś tam edukowały. Nauczyło mnie więc życie harcerskie, żeby zawsze mieć przy sobie apteczkę, w której zawsze brakuje dokładnie tego jednego leku na dolegliwość, która się przydarzy (bo kto by pomyślał o aviomarinie i kroplach do oczu, skoro ani choroby lokomocyjnej, ani wizyjnej, nigdy nie miałem?)</p>
<p>Nauczyło mnie też obozowe życie sobieradka, jak zbudować sobie pryczę &#8211; co jest mi teraz cholernie przydatne, kiedy półtora tysiąca kilometrów od domu nie potrafię uruchomić sieci bezprzewodowej na laptopie. Wiem za to, co do czego służy w świetnie zaopatrzonych norweskich sklepach turystycznych (bo Norwegowie nade wszystkie sporty lubią trekking z lekką składaną patelenką i turystycznym jajnikiem pełnym jajek, żeby sobie w plenerze zrobić sadzone &#8211; sic!).</p>
<p>W swojej nieszczęsnej karierze harcerskiej zdobyłem wiele różnych sprawności, które zasadniczo można podzielić na kompletnie nieprzydatne (milczek!!!) oraz te, które na rękawie powinno się wyszywać przy pomocy logo różnych firm: mam więc sprawność nokia (a obecnie raczej HTC) w zakresie komunikowania się z oddalonym zastępem. Świetnie radzę sobie z orientacją w terenie przy użyciu sprawności garmin &#8211; potrafię dzięki niej wyznaczyć nawet optymalną porę połowu ryb i godzinę wschodu księżyca w danej szerokości geograficznej. Sprawność obozowego grajka załatwia combo samsung-logitech (w stereo!) i tylko dobrze się zapowiadającej kariery milczka, ku chwale Ojczyzny, nie kontynuuję. Trudno jednak nazwać to wszystko wykształceniem wyniesionym z podróży &#8211; ostatecznie ludzie wyjeżdżają także na wczasy z prawem jazdy, a jakoś nieskorzy jesteśmy przyznać, że wycieczki do Łomży uczą prowadzić samochód. Prawdziwe pytanie brzmi: czy podróże kształcą przez jakieś oświecenie, czyli: <strong>czy sam fakt, że jest się w Innym Miejscu czyni nas mądrzejszymi</strong>.</p>
<p><span id="more-257"></span>Zadałem je sobie, skoro już musicie wiedzieć, pod norweskim prysznicem, który, skandynawskim zwyczajem, zamiast brodzika ma centymetrowe  wgłębienie w podłodze, wyłożone tym samym linoleum, co reszta łazienki i wyposażony jest w ściągaczkę, zwaną w Polsce ściągaczką do szyb, a w Skandynawii &#8211; ściągaczką do podłogi w łazience.</p>
<p>Myśl moja przebiegła dwutorowo, co nie zdziwi nikogo, kto wie, że mam dwie półkule, czyli mózg dwurdzeniowy. Z jednej strony zdałem sobie sprawę, że oto czegoś się o świecie dowiedziałem &#8211; mianowicie, że brodziki w Skandynawii są inne, niż w Polsce, co jest wiedzą równie przydatną, jak to, że mech porasta pnie samotnie rosnących drzew od północy. Z drugiej zaś odkryłem, że gdyby ktoś ze Skandynawii pojechał kiedyś do Polski, odkryłby brodziki prysznicowe i nie musiał więcej używać ściągaczki. Z czego z kolei wynika, że mój zysk netto z wyprawy zbilansowany z rewizytą Norwegów jest w tym zakresie ujemny. Norwegowie zresztą bywali w krajach, gdzie w użyciu są brodziki i nic z tej wyprawy nie wynieśli. Ergo: podróże ich nie wykształciły, przynajmniej w zakresie praktycznym. Podobnie, jak Polaków nie nauczyły podróże do Indii, jak przewieźć dwie krowy na rowerze (wszyscy znamy te zdjęcia), Włosi z wycieczek do Szwecji nie wynieśli przekonania o wyższości uporządkowanego ruchu drogowego nad kompletną anarchią, a Francuzi od bliskich im Holendrów nie nauczyli się praktycznej sztuki mówienia z resztą świata po angielsku. Sam z wyprawy do Chin nie przywiozłem nawyku jedzenia makaronu pałeczkami (chociaż i wolniej (zdrowiej), i nawet wygodniej) i chyba nie ma co oczekiwać, że jakaś podróż nauczy mnie czegoś praktycznego: segregowania odpadów, przyrządzania espresso (to najprędzej) czy jedzenia fish and chips z gazetowej tutki.</p>
<p>Ale we wszystkim tym jest już jakaś dziejowa, nie waham się rzec &#8211; antropologiczna, mądrość. Najbanalniejsza z możliwych, to fakt, ale zawsze: taka oto, że chwiejna stabilność między tzw. globalizacją a lokalnością nie jest możliwa do zrozumienia na podstawie lektury encyklopedii. Tylko czy trzeba poświęcać tyle forsy i czasu na przyswajanie banalnych prawd o świecie w sposób najmniej efektywny z możliwych? Claude Lévi-Strauss pisze w <em>Smutku tropików</em>:</p>
<p><em>W zawodzie etnografa nie ma miejsca na przygodę; narzuca mu się ona i ciąży na właściwej pracy wagą tygodni i miesięcy zmarnowanych w drodze, godzin bezczynności (&#8230;) głodu i zmęczenia, czasem choroby, a zawsze tysiaca kłopotów pochłaniających całe dnie bez żadnego rezultatu</em></p>
<p>Punkt dla stuletniego antropologa. Sam czas spędzony na jednym z dworców czy lotnisk w oczekiwaniu nawet nie na transport, ale na jego perspektywę pozwoliłby nam na przeczytanie stu pięćdziesięciu stron literatury podróżniczej. Po przemnożeniu &#8211; dwieście kilkadziesiąt godzin podróży w 2004 roku, noc na lotnisku w Irkucku, druga na stacji w Ułan-Ude, kiblowanie w Manzhouli &#8211; przez ten czas siedząc w Warszawie zdążylibyśmy przeczytać &#8211; dla przykładu &#8211; całego Kapuścińskiego albo Levi-Straussa, którzy coś tam o świecie podobno wiedzieli. Podobno, bo &#8211; jak znowu pisze ten ostatni:</p>
<p><em>Być podróżnikiem to obecnie </em>[1955 rok]<em> zawód, który nie polega na odkrywaniu po latach badań &#8211; jak można by sądzić &#8211; faktów dotychczas nie znanych, lecz na przebywaniu wielkiej liczby kilometrów i gromadzeniu zjdęć fotograficznych lub filmowych, i to najchętniej kolorowych. Dzięki temu można mieć przez kilka dni salę zapełnioną tłumem słuchaczy, dla których frazesy i banały przemienia się cudem w rewelacje z tego tylko powodu, że ich autor, zamiast spisać je na miejscu, uświęcił je, przebywszy 20 000 kilometrów</em></p>
<p>Żeby chociaż tyle. A jeśli dodać do tego mój smutny wniosek, że ta &#8222;rewelacja&#8221; brzmi: &#8222;gdzie indziej jest inaczej&#8221;, poniższe zdanie okazać się może przewrotem kopernikańskim w ekonomii:</p>
<p><strong>GDZIE INDZIEJ JEST INACZEJ</strong>. A teraz siedźcie na dupie i przestańcie się wygłupiać z jeżdzeniem gdziekolwiek po tę prostą prawdę. Znacie ją już i znacie ją od dawna, nie jest warta biletu ulgowego do Otwocka, o ile choćby studencki jeszcze wam przysługuje. Weźcie się do roboty i wypracujcie trochę PKB, bo czarno widzę swoją pogodną jesień, zamiast wydawać szmal na pociągi w Rosji, konie w Mongolii czy na-czym-się-tam-jeździ w Wenezueli (sprawdzę sobie na Wikipedii, a tak w ogóle to wcale nie muszę wiedzieć).</p>
<p>Tylko czy takie zdanie wystarczy tym, którzy uprzejmi będą przyjąć je do wiadomości? Zadzwoniła do mnie kiedyś dziennikarka z Życia Miasta, polecona przez mojego przyjaciela, R.</p>
<p>- <em>R. mówi, że jechałeś transsyberyjskim</em> (właśnie, na zeszłoroczne wakacje, uruchomiono połączenie Warszawa-Irkuck, może nawet jeszcze dalsze &#8211; przyp. PB). <em>Chciałabym, żebyś opowiedział mi o tej podróży.</em><br />
- <em>A co konkretnie mam ci opowiedzieć?</em> &#8211; spytałem, gotowy do tego nadludzkiego poświęcenia<br />
- <em>O wódce</em> &#8211; zalśnił perlisty głos w słuchawce</p>
<p>No i problem, Pani Redaktor: trzeba było poczytać, choćby u <a href="http://www.dziennik.twardoch.pl/2009/06/16/mala-rosja-w-krainie-ostrych-gor-zapiski-spitsbergenskie/" target="_blank">Szczepana</a> (ten tekst jest akurat późniejszy, ale ktoś to chyba pisał wcześniej), że ten zapity, ruski ludek trzyma w dalekobieżnych wagonach jakiś dziwny ordnung, który działa nie tylko antynałogowo, ale oszczędził nawet drogą elektronikę użytkową, zostawioną na widoku na pryczy w bezprzedziałowym (tzw. <em>plackartnyj</em>) wagonie.</p>
<p>Pointy są P.T. Czytelnicy uprzejmi się domyśleć: w artykule jestem cytowany, ale na zupełnie inny temat; moja wzmianka o ogłupiającym uproszczeniu wyobraźni w temacie myślenia o Rosji nie wejdzie do kanonów dziennikarstwa. Ruskij, trzeźwy i nie kradnący? To byłby news, gdyby zdarzyło się wczoraj, ale skoro jest stanem rzeczy, to nie mamy na to kolumny. A ludzie z pewnością nie tego oczekują od gazet, żeby w nich publikowali rzeczy, których i tak nie wiemy.</p>
<p>Żeby zdobyć takowe, trzeba opuścić dom. A za cenę rocznej prenumeraty gazety da się dojechać np. w serce Azji.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://pszemau.com/2009/10/01/czy-podroze-ksztalca/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>2</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Pseudolingwistyka</title>
		<link>http://pszemau.com/2009/08/03/pseudolingwistyka/</link>
		<comments>http://pszemau.com/2009/08/03/pseudolingwistyka/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 03 Aug 2009 21:29:58 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Przemysław Bociąga</dc:creator>
				<category><![CDATA[o mediach]]></category>
		<category><![CDATA[antropologia]]></category>
		<category><![CDATA[dziennikarze]]></category>
		<category><![CDATA[lingwistyka stosowana]]></category>
		<category><![CDATA[prawo]]></category>
		<category><![CDATA[pseudo-]]></category>
		<category><![CDATA[pseudokibice]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://pszemau.com/?p=238</guid>
		<description><![CDATA[Dyskusja nad pojęciem pseudokibic przycichła już parę lat temu. Dziennikarze, niestety, mają większy wpływ na ludność, niż nam się to na co dzień wydaje (myślę, że gdyby jedna myśl z tego bloga miała zostać jako jego morał, powinna to być właśnie ta) i kiedy wszyscy dziennikarze przyjęli do wiadomości (a jest to chyba w masie [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Dyskusja nad pojęciem pseudokibic przycichła już parę lat temu. Dziennikarze, niestety, mają większy wpływ na ludność, niż nam się to na co dzień wydaje (myślę, że gdyby jedna myśl z tego bloga miała zostać jako jego morał, powinna to być właśnie ta) i kiedy wszyscy dziennikarze przyjęli do wiadomości (a jest to chyba w masie dość bezrefleksyjna grupa zawodowa), że przyczyną awantur na stadionach są pseudokibice, opór był bezcelowy.</p>
<p>Pasek Pierwszej Polskiej Telewizji Informacyjnej, która  w autoreklamowych spotach chwali się, że jest tak często cytowana, wprowadził pewne novum, więc niech będzie zacytowany jeszcze raz:</p>
<p>[tvn24] W nowelizacji prawa przewidziano zwiększenie kar dla pseudokibiców [tvn24]</p>
<p>Znaczy &#8211; coś się zmieniło.</p>
<p><img class="aligncenter size-full wp-image-239" title="Innocent-Hooliganism" src="http://pszemau.com/wp-content/uploads/2009/08/Innocent-Hooliganism.jpg" alt="Innocent-Hooliganism" width="320" height="175" /></p>
<p><span id="more-238"></span>Do tej pory słowo pseudokibic padało zawsze w parze z jakimś czynem przestępczym: pseudokibice zaatakowali, pseudokibice zdemolowali, albo coś innego zrobili. Przekaz był idiotyczny od początku, i nawet podnoszono jakieś argumenty, kiedy kilka lat temu pojawiło się to słowo. Pytali więc niektórzy, dlaczego nazywać chuliganów pseudokibicami, podczas kiedy rzucających mutrami w policję strajkujących nie nazywa się pseudogórnikami, a przerośniętych łobuzów, wsadzających nauczycielowi śmietnik na głowę &#8211; pseudouczniami.</p>
<p>Nie zamierzam oczywiście bronić tego językowego potworka (który być może jako dziennikarz powinienem zacząć zwać, no nie wiem, pseudoleksemem?). Jednak zawsze do tej pory kontekst użycia słowa pseudokibic był taki, że dawało się to jakoś próbować bronić: banda chuliganów zdemolowała ławki na własnym stadionie (żeby udowodnić, jak bardzo kocha swój klub), więc ich zachowanie nie było zgodne z domniemaną &#8222;etyką kibica&#8221;, a zatem ich kibicowość jest niepełna i należy werbalnie napiętnować ich osoby określeniem pseudokibic. Widzicie? Głupia, bo głupia, ale jakaś logika za tym jest, a już ja jako etnolog (licencjonowany) mam psi obowiązek wykazywać się zrozumieniem dla prymitywnych umysłów.</p>
<p>Innowacja na innowacyjnym pasku Pierwszej Polskiej Informacyjnej polega na tym, że po raz pierwszy słowo pseudokibic zostało użyte bez kontekstu niszczenia, stadionowej przemocy i opóźnień w rozkładach miejskiej komunikacji. Na pasku telewizyjnym fraza &#8222;zaostrzenie kar dla pseudokibiców&#8221; nabrała znaczenia: kary są za to, że jesteś pseudokibicem (bez wytłumaczenia, że chodzi o rodzaj uczestnictwa w meczu sprowadzający się do niesportowego traktowania całego społeczeństwa), a nie za to, że jako pseudokibic coś zrobiłeś. Zacząłem się bać.</p>
<p>Tego dnia rano szedłem do wieżowca Intraco z pobliskiej stacji metra Dworzec Gdański przez dzikie pustkowie, które jak znam życie nosi szumną nazwę  parku. W niewielkiej odległości spomiędzy budynków zamajaczył stadion Polonii i tak sobie pomyślałem, że w każdej chwili w zasadzie kilku dżentelmenów może mnie chcieć zapytać o preferencje sportowe i spuścić bęcki przy okazji. Uznałem więc w duchu, że najbezpieczniej z punktu widzenia rachunku prawdopodobieństwa będzie ogłosić się fanem Polonii w razie jakby kto pytał (chociaż fani Polonii podobno cechują się taką średnią wieku, że ostatni raz spuszczali łomot Niemcom w czterdziestym piątym). Nie wiedziałem wtedy jeszcze (a nieznajomość prawa nie zwalnia od odpowiedzialności), że dla takich jak ja, udających bycie kibicem, czekają teraz zaostrzone kary i że przyłapany na tak haniebnym kłamstwie przez hooligansów (endoetnonim bliskoznaczny jak sądzę do egzoetnonimu &#8222;pseudokibic&#8221;) mogę jeszcze zostać zadenuncjowany do prokuratury (doniesienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa podszywania się pod kibica).</p>
<p>Ale może jestem za surowy. Może po prostu organa informowania dostrzegły to, czego nie uznały organa ścigania (jak widać na stronie <a href="http://www.slaska.policja.gov.pl/poszukiwani/pseudokibice/" target="_blank">śląskiej policji</a> słowo pseudokibic jest tylko tagiem, a bandyta lepiej identyfikuje czyn), mianowicie że mamy do czynienia z jakimś zupełnie nowym rodzajem przestępczości, który wymaga nowego określenia (tak, jak &#8222;nadużycia gospodarcze&#8221; są pewnym nowym rodzajem kradzieży, a przede wszystkim przeważnie dotyczą osób, które kiedyś mogą wrócić do łask i będzie ich trzeba przepraszać za dosadne określenia). W tej sytuacji pobawmy się w web 2.0 i powymyślajmy tutaj nowe określenia <span style="text-decoration: line-through;">przest</span> nadużyć, które pilnie się tego domagają. Ja zaczynam (ale interesują mnie głównie pomysły niebanalne i nieoczywiste):</p>
<ul>
<li>pseudomałżonek (osoba, która korzysta z dóbr cielesnych drugiej osoby bez jej zgody)</li>
<li>pseudochirurg (używa narzędzi do igerencji w integralność cielesną drugiej osoby, nie zaszywając po sobie i zasadniczo nie ratując życia, a wręcz przeciwnie)</li>
<li>pseudowłaściciel (gen.)</li>
<li>pseudokorektorka (dawniej dyslektyk)</li>
<li>pseudodziennikarz (osoba, która przeinacza&#8230; zaraz zaraz&#8230; to tak chyba nie działa)</li>
</ul>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://pszemau.com/2009/08/03/pseudolingwistyka/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Czekając na 5/13</title>
		<link>http://pszemau.com/2009/05/11/czekajac-na-513/</link>
		<comments>http://pszemau.com/2009/05/11/czekajac-na-513/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 11 May 2009 16:04:24 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Przemysław Bociąga</dc:creator>
				<category><![CDATA[o mediach]]></category>
		<category><![CDATA[Bliski Wschód]]></category>
		<category><![CDATA[dziennikarze]]></category>
		<category><![CDATA[papież]]></category>
		<category><![CDATA[zamach]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://pszemau.com/?p=231</guid>
		<description><![CDATA[Zdziwienie moje wywołała dzisiejsza poranna lektura TVN 24 (od dawna noszę się z zamiarem przestawienia się na gazety przy śniadaniu, ale musiałbym w tym celu jakąś prenumerować). Wszystkie kamery skierowane na&#8230; pielgrzymkę papieską. Ani papież-Polak, ani cel-Polska, o co może chodzić? Dziwiłem się, ale niezbyt długo: prowadzący Poranek red. Jakub Porada się wygadał (cytuję z [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Zdziwienie moje wywołała dzisiejsza poranna lektura TVN 24 (od dawna noszę się z zamiarem przestawienia się na gazety przy śniadaniu, ale musiałbym w tym celu jakąś prenumerować). Wszystkie kamery skierowane na&#8230; pielgrzymkę papieską. Ani papież-Polak, ani cel-Polska, o co może chodzić?</p>
<p><span id="more-231"></span>Dziwiłem się, ale niezbyt długo: prowadzący Poranek red. Jakub Porada się wygadał (cytuję z pamięci): &#8222;&#8230;poza tym Benedykt XVI za młodu był członkiem nazistowskiej organizacji młodzieżowej Hitlerjugend i choć oświadczył, że należał do niej tylko wtedy, kiedy było to obowiązkowe, to i tak może to być przyczyną, dla której jakiś żydowski fanatyk naciśnie na spust.&#8221;</p>
<p>I wszystko jasne. Skoro już tysiące operatorów z całego świata filmuje i tak pielgrzymkę, żeby nie uronić decydującego momentu, to można od biedy puścić coś też na wizję.</p>
<p style="text-align: center;">
<div id="attachment_232" class="wp-caption aligncenter" style="width: 330px"><img class="size-full wp-image-232" title="5/13/81" src="http://pszemau.com/wp-content/uploads/2009/05/zamach.jpg" alt="Zamach z 5 maja" width="320" height="239" /><p class="wp-caption-text">Poprzedni zamach na papieża udało się uwiecznić. Jak będzie tym razem?</p></div>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://pszemau.com/2009/05/11/czekajac-na-513/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Google schodzi na psy</title>
		<link>http://pszemau.com/2009/05/03/google-schodzi-na-psy/</link>
		<comments>http://pszemau.com/2009/05/03/google-schodzi-na-psy/#comments</comments>
		<pubDate>Sun, 03 May 2009 19:21:15 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Przemysław Bociąga</dc:creator>
				<category><![CDATA[o mediach]]></category>
		<category><![CDATA[dupa]]></category>
		<category><![CDATA[Gadu-gadu]]></category>
		<category><![CDATA[globalizacja]]></category>
		<category><![CDATA[google]]></category>
		<category><![CDATA[HTML]]></category>
		<category><![CDATA[internet]]></category>
		<category><![CDATA[Internet Explorer]]></category>
		<category><![CDATA[iPhone]]></category>
		<category><![CDATA[Joomla!]]></category>
		<category><![CDATA[komunizm]]></category>
		<category><![CDATA[Mamiya c330]]></category>
		<category><![CDATA[nowe technologie]]></category>
		<category><![CDATA[Panorama Firm]]></category>
		<category><![CDATA[prawa autorskie]]></category>
		<category><![CDATA[prawa człowieka]]></category>
		<category><![CDATA[SDI]]></category>
		<category><![CDATA[wikipedia]]></category>
		<category><![CDATA[WordPress]]></category>
		<category><![CDATA[WWW]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://pszemau.com/?p=225</guid>
		<description><![CDATA[Nietrzeciomajowe (a i niepierwszo-) przemyślenie pod wpływem poszukiwań, jakie w długi weekend zapuściłem w google&#8217;u. Niewinnie postanowiłem byłem sprawić sobie nowy aparat, ale nie będąc pewnym co do wyboru, zapragnąłem zasięgnąć języka na sieci. Wszyscy wiemy, jakiej strony używa się w takich wypadkach: tej, która łamie prawa człowieka w Chinach (argument nietrafiony, jeśli o mnie [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Nietrzeciomajowe (a i niepierwszo-) przemyślenie pod wpływem poszukiwań, jakie w długi weekend zapuściłem w google&#8217;u. Niewinnie postanowiłem byłem sprawić sobie nowy aparat, ale nie będąc pewnym co do wyboru, zapragnąłem zasięgnąć języka na sieci. Wszyscy wiemy, jakiej strony używa się w takich wypadkach: tej, która łamie prawa człowieka w Chinach (argument nietrafiony, jeśli o mnie chodzi) oraz tej samej, która pragnie wprowadzić w sieci komunizm własności intelektualnej (tak słyszałem). Co już brzmi znacznie bardziej <a href="http://www.slate.com/id/2178158/" target="_blank">niepokojąco</a>. A ponieważ perspektywa zdigitalizowania wszystkich książek świata trochę jeży mi włos na plecach (fuj!), kibicuję upadkom googli nie przestając korzystać z ich dobrodziejstw zgodnie z zasadą odwiecznej równowagi przyrody (i ostentacyjnej nadobojętności wobec praw człowieka w Chinach). Przeważnie przez upadki informatycznego giganta rozumiem jednak te spektakularne: wtopili forsę w jakiś nierentowny projekt, opracowali telefon, który przegrywa nawet z ajfonem &#8211; dandysem z leprozorium, albo zmuszeni byli odstąpić od planu zeskanowania całej biblioteki senackiej USA. Tym razem jednak doszedłem do smutnych wniosków o strukturalnym kryzysie flagowego i kluczowego produktu Google &#8211; google&#8217;a.</p>
<p><span id="more-225"></span>Pamiętacie sieć sprzed dziesięciu lat? Dziwna rzecz, ale ja ją pamiętam. Posiadłem wtedy pierwszy stały dostęp do internetu, sprzedawany przez TePsy SA (jak mawiał kolega) pod nazwą handlową&#8230; Stały Dostęp do Internetu (SDI). Zawrotne 115 kbps, największy chyba dostępny wówczas transfer (symetryczny!), dwukrotna wartość maksymalnego transferu modemowego. Uczyliśmy się HTML z <a href="http://webmaster.helion.pl/kurshtml/" target="_blank">kursu Pawła Wimmera</a>, bo nie było WordPressa ani Joomli, które zrobiłyby to za nas. Gadu-gadu było osiągnięciem, chociaż nie było statusów opisowych ani opcji &#8222;tylko dla znajomych&#8221;, bez których trudno się dziś żyje. Rytm internetowej egzystencji wyznaczała walka z użytkownikami Internet Explorera (w 2000 roku wciąż 95% polskich internautów), prowadzona przez oświeconych posiadaczy&#8230; Opery (podobnie jak wtedy, nadal ma 1% użytkowników i nie zarobiła nic na przegranej MSIE). Tworzyło się strony &#8222;na ramkach&#8221;, a na stronę pakowało cokolwiek bądź. Czyli w sumie tak, jak teraz, tylko teraz stron przyrosło.</p>
<p>Co w tym czasie robił google? Ano zaczął: graficzne logo, pole tekstowe, dwa guziki: od szukania i od czucia się szczęśliwcem (i&#8217;m feeling lucky &#8211; kto go dziś używa?). I nowatorski algorytm wyszukiwania, który zjednał mu serca użyszkodników. Bił się w tym czasie z innymi, m.in. z <a href="http://www.alltheweb.com/" target="_blank">alltheweb.com</a>, która teraz, po latach, wygląda pięknie jak wyspa dziewicza. Dookoła powstawały i upadały Napstery, a Google rozwijał swoją misję: katalogować zasoby świata i czynić je dostępnymi dla wszystkich. Z czasem wchłaniał coraz więcej, ale sama wyszukiwarka nigdy nie pozwoliła użytkownikom zatęsknić za jakąś &#8222;poprzednią wersją&#8221; &#8211; przynajmniej wersją layoutu (nasza-klasa ma się od kogo uczyć).</p>
<p>Bo siłą google&#8217;a u jego zarania był jego algorytm, który się po prostu sprawdzał: wpisujesz hasło wyszukiwania i dostajesz setki stron wyników, które można przejrzeć i coś znaleźć. I to właśnie zrobiłem: wklikałem w pasek wyszukiwania &#8222;mamiya c330&#8243; i kliknąłem przycisk &#8222;Szukaj w Google&#8221;. I właśnie taki &#8222;miękki&#8221;, niespektakularny upadek google&#8217;a ukazał się moim oczom (co, nawiasem mówiąc, dotarło do mnie godzinę później, na spacerze).</p>
<p>Otóż ze wszystkiego, co czytałem (a czytałem niewiele i dużo tu własnego wnioskowania) wynika, że przez ostatnie kilka lat google &#8222;przyznawał priorytet&#8221; pewnym stronom w wynikach wyszukiwania. Oczywiście to jest właśnie PageRank &#8211; najsilniejsza strona wyszukiwarki. Projektanci narzędzia doszli do wniosku, że najlepsze wyniki wyszukiwania to takie, do których odnosi się dużo linków zawierających szukaną frazę. Pierwszą ofiarą tego stanu rzeczy &#8211; w zasadzie niegroźną &#8211; było zaspamowanie (tak się przynajmniej wtedy to nazywało) wyszukiwarki Millerem. Chodziło o to, by jak najwięcej osób na stronach, do których mają dostęp linkowało prywatną stronę Millera hasłem &#8222;<a href="http://www.miller.pl/" target="_blank">dupa</a>&#8222;, dzięki czemu po wpisaniu &#8222;<a href="http://www.miller.pl/" target="_blank">dupa</a>&#8221; w google&#8217;u na pierwszym miejscu wyskakiwał&#8230; Miller. Może nie chodziło o <a href="http://www.miller.pl/" target="_blank">dupę</a> i o Millera, ale jakąś część ciała i jakiegoś polityka &#8211; na pewno.</p>
<p>Później okazało się, że są i inne priorytety. Jeszcze w zeszłym roku handlowiec Panoramy Firm zapewniał mnie, że wizytówka na ich żółtych stronach www to dobra inwestycja, bo google wysoko ceni wyszukiwania według wewnętrznych słów kluczowych Panoramy Firm. Czyli wysyła zapytanie do cudzej bazy danych tylko po to, żeby wyświetlić &#8211; wysoko &#8211; rezultaty z tego cudzego serwera. Wszystko to psu na budę, bo z Panoramy Firm trafień nie ma &#8211; google od tego ma swoje AdWords, reklamy, które wyświetli na pierwszym miejscu, jeśli klient dobrze zapłaci, a ty szukasz odpowiednich rzeczy. A do tego &#8211; jeśli dało radę z <a href="http://www.miller.pl/" target="_blank">dupą</a> i Millerem, to już znajdą się spece, którzy zrobią to samo ze stroną twojej firmy (bez <a href="http://www.miller.pl/" target="_blank">dupy</a>, jeśli dobrze zapłacisz) i nawet ta branża ma swoją osobną nazwę &#8211; SEO, czyli search engine optimization. A do tego jeszcze ulubiona wyszukiwarka Polaków (i nie tylko) padła ofiarą schematyzacji Internetu, olbrzymiego od 10 lat przyrostu ilości informacji i lokalizacji wersji językowych i &#8222;kontentowych&#8221;.</p>
<p>Zaraz się zapowietrzę, a chciałbym przed początkiem czerwca przejść do tzw. adremu. Otóż wpisałem sobie w google&#8217;a &#8222;mamiya C330&#8230;</p>
<p>Nie, jeszcze to muszę opisać: kiedyś kiedyś, kiedy naprawdę mnie to obchodziło, czytałem grupę usenetową pl.comp.www, gdzie lansowali się deweloperzy stron internetowych. Ogłosił się tam otóż jakiś pan, który proponował autorom www (takim, jak osiemnastoletni ja) powołanie&#8230; organizacji zbiorowego zarządzania prawami autorskimi! Jego logika była taka: skoro providerzy łącz internetowych biorą pieniądze za udostępnianie Internetu, a Internet to potęga tworzonych przez każdego stron WWW, to w zasadzie tym twórcom należą się tantiemy za to, że współtworzą towar, za dostęp do którego ktoś komuś płaci. Polemika z tym to na szczęście oddzielny temat i na taką dygresję mnie nie nabierzecie &#8211; chodzi tylko o to, żeby wrócić myślą do czasu, kiedy naprawdę MY (trochę na wyrost, ale jednak to napiszę) tworzyliśmy internet. To z tego czasu pochodzą ramkowe, albo jeszcze przedramkowe, strony użytkowników takiego-to-a-takiego aparatu, samochodu, bywalców jakiegoś miejsca, nerdów przelutowujących styki na układach scalonych, gitarzystów, dzielących się tabulaturami Metalliki. I tak to zapamiętałem&#8230;</p>
<p>&#8230;właśnie, zapamiętałem. Bo kiedy dzisiaj wpisałem w google&#8217;a &#8222;mamiya C330&#8243; (leciwy wszak aparat, produkowany do chyba 1994 roku), pierwsze 100 wyników podzieliły między siebie: Ceneo.pl (porównywarka cen &#8211; sama się pewnie pozycjonuje), Skąpiec &#8211; jak wyżej, Allegro (ich archiwum aukcji to pewnie z połowa polskiego Internetu), jakiś jeden samotny artykulik na poczytnym portalu o fotografii (po prawdzie niezbyt na temat) i nawet mi się nie chce myśleć, co jeszcze. Swoje miejsce dostała oczywiście Wikipedia &#8211; właśnie taka córa nepotyzmu internetowych komunistów, ale &#8211; co znamienne &#8211; zostałem przeniesiony na stronę polskiej Wikipedii, gdzie artykuł miał trzy zdania. Żeby dostać się na wersję angielską, musiałem ręcznie w pasku adresu podmienić &#8222;pl&#8221; na &#8222;en&#8221;. Pierwszy prawdziwy <a href="http://photo.net/equipment/mamiya/tlr" target="_blank">review</a> aparatu, taki, jak za dawnych dobrych czasów &#8211; znalazł się chyba na piątej stronie. Pięć lat temu w ogóle nie musiałbym tam docierać.</p>
<p>Oczywiście, szukałem aparatu i wpisałem nazwę modelu. To jest dobry kontrargument. Ale z drugiej strony: wskażcie mi słowo, które nie było użyte w stu aukcjach Allegro. Od dłuższego czasu w google&#8217;u nie da się szybko znaleźć niczego, co nie byłoby oczywiste: artykułu z portalu o milionie odwiedzin, aukcji z Allegro itp. I jak to ma się do opowieści, że Internet to potęga decentralizacji zarówno na płaszczyźnie technologii, jak i tworzenia treści? Zawsze myślałem, że to fundament idei i misji google&#8217;a &#8211; ale rewolucja chyba jak zwykle pożarła własne dzieci.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://pszemau.com/2009/05/03/google-schodzi-na-psy/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>9</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Śmierć na winietce</title>
		<link>http://pszemau.com/2008/09/29/milewicz/</link>
		<comments>http://pszemau.com/2008/09/29/milewicz/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 29 Sep 2008 00:57:54 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Przemysław Bociąga</dc:creator>
				<category><![CDATA[o Człowieku]]></category>
		<category><![CDATA[o mediach]]></category>
		<category><![CDATA[dziennikarze]]></category>
		<category><![CDATA[fotografia]]></category>
		<category><![CDATA[Irak]]></category>
		<category><![CDATA[Jacek Kaczmarski]]></category>
		<category><![CDATA[Milewicz]]></category>
		<category><![CDATA[Super Express]]></category>
		<category><![CDATA[śmierć]]></category>
		<category><![CDATA[Waldemar Milewicz]]></category>
		<category><![CDATA[wikipedia]]></category>
		<category><![CDATA[wojna]]></category>
		<category><![CDATA[Wysokie Obcasy]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://pszemau.com/?p=193</guid>
		<description><![CDATA[Noc sprzyja jakoś dziwnie rozmyślaniom o śmierci i mimo, że pierwotnie planowałem wrzucić na blog równie poważny, ale nie śmiertelnie poważny temat, po stoczeniu bitwy z myślami uznałem, że &#8222;lepszy wróbel w garści&#8230;&#8221;, czyli, w naszym przypadku, bardziej błaha myśl w głowie własnej, niż choćby złota &#8211; w cudzej. Pamiętacie red. Milewicza? Znany korespondent wojenny [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Noc sprzyja jakoś dziwnie rozmyślaniom o śmierci i mimo, że pierwotnie planowałem wrzucić na blog równie poważny, ale nie śmiertelnie poważny temat, po stoczeniu bitwy z myślami uznałem, że &#8222;lepszy wróbel w garści&#8230;&#8221;, czyli, w naszym przypadku, bardziej błaha myśl w głowie własnej, niż choćby złota &#8211; w cudzej. Pamiętacie red. <a href="http://pl.wikipedia.org/wiki/Waldemar_Milewicz" target="_blank">Milewicza</a>?</p>
<p><span id="more-193"></span></p>
<p>Znany korespondent wojenny TVP zginął w aucie, ostrzelanym w 2004 roku w Iraku. Prawdopodobnym zabójcą jest Salah Chabbas, którego <a href="http://pl.wikipedia.org/wiki/Salah_Chabbas" target="_blank">wikipedia</a> potrafi zaliczyć tylko do kategorii &#8222;Irakijczycy&#8221; i &#8222;Urodzeni w 1968&#8243;. Ale, że rzecz ma być na poważnie, porzućmy wikipedię i zajmijmy się sprawami wartymi uwagi.</p>
<p>Wart uwagi był 8 maja 2004, dzień po zabójstwie dziennikarza i jego montażysty. Przypomnę, chociaż pewnie nie trzeba, że w jednej gazecie &#8211; &#8222;Super Expressie&#8221;, mogliśmy zobaczyć na okładce <a href="http://www.szpila.net/strony/dziennikarz/milewicz3.htm" target="_self">trupa dziennikarza</a>. Dosłownie &#8211; trupa, nie &#8222;zwłoki&#8221;, portret pośmiertny ani nic z tych rzeczy. Bezwładne ciało, osunięte na samochodowej kanapie w sposób, który na myśl przywodził głównie zaśnięcie, czy to w kontekście zaśnięcia NMPanny, czy zaśnięcia przed telewizorem, jak tam kto woli. Sprawa była głośna, bo i głośne były okrzyki oburzenia, które wydawał w zasadzie każdy, kto &#8211; przynajmniej we własnej opinii &#8211; miał sumienie i duszę czującą.</p>
<p>Nie krzyczałem wtedy, za to siedziałem sobie z B. w jego kawiarni, wówczas jeszcze świecącej przez większość czasu pustkami i rozważaliśmy różne aspekty sytuacji. B. był do sprawy szczególnie przywiązany, gdyż jego Thatcherowska przeszłość wyniosła go kiedyś do zaszczytu głównego księgowego w &#8222;Super Expressie&#8221;, skąd podobno wywalono go po tym, jak swoim głównoksięgowym podpisem parafował cudzy finansowy imbecylizm. Z &#8222;Superakiem&#8221; był związany i trochę się to w jego głosie czuło, a nawet można było poznać po stosowanych zaimkach dzierżawczych.</p>
<p>Nasze rozważania nie wyszły wtedy poza banał, chociaż na tle ogólnonarodowej żałoby po korespondencie wojennym oraz drugiej &#8211; po kręgosłupie moralnym dziennikarzy tego typu banały ujść by mogły za wysokiej próby Mądrość. Jednym z nich była obserwacja następującej treści: w odpowiedzi na publikację &#8222;SE&#8221; (nie pamiętam następstwa dziennego tych wydarzeń, ogólnie jakoś tam się do siebie miały, więc może był to nie ósmy, a dziewiąty), dość, że w odpowiedzi na publikację &#8222;SE&#8221; oburzenie swoje wyklarowała, a właściwie wylała na łamy, m.in. &#8222;Wyborcza&#8221;. Napisano w niej, i to chyba na pierwszej stronie, że ludzka tragedia, że śmierć, że żerować, epatować i co tam jeszcze się wyszczekuje z wokabularza piętnującego przez etykietowanie. A pod spodem, w tym samym numerze &#8222;Wyborczej&#8221;: dziś gratis &#8211; śpiewnik piosenek Jacka Kaczmarskiego. Kaczmarski zmarł miesiąc wcześniej, 10 kwietnia 2004, swoim zgonem walnie i pozytywnie wpływając na sprzedaż wszystkiego, co pod jego nazwiskiem było do kupienia, czyli głównie płyt i książek. I gazet. Wyborczych.</p>
<p>To był bardzo dziwny dzień: wszystkie media kazały mi, już chyba nawet drugi dzień z rzędu, rzygać z obrzydzenia na&#8230; media. I rzygałem, tylko chyba na niewłaściwą gazetę. Jak w tym kawale o znaczkach z Bierutem, które ludzie reklamowali, bo się nie chciały kleić. (Jeśli nie pamiętacie i tego: okazało się, że znaczki się kleiły, tylko ludzie pluli na nie ze złej strony).</p>
<p>Dzisiaj, właśnie teraz, w środku nocy, kiedy najlepiej myśli się o śmierci, wpadło mi do głowy jeszcze co innego: nawet wtedy, kiedy z B. omawialiśmy skomplikowane maszynerie dziennikarskich mózgów, dla których fotka jest żerowaniem na tragedii, a publikacja zbioru wierszy &#8211; tylko insertem do zwiększenia nakładu, natura ludzka była dla nas daną, a nie szukaną. Wiedzieliśmy po prostu, że cyniczni dziennikarze &#8222;SE&#8221; (bo dziennikarze po prostu byli dla nas wtedy cyniczni) dali na czołówkę trupa Milewicza, a cyniczni dziennikarze z &#8222;GW&#8221; zastąpili go tomikiem wierszy trupa Kaczmarskiego. Było to dla nas tak pewne, jak to, że kiedyś umrze Jan Paweł II i że czołówka na tę okazję we wszystkich redakcjach świata jest już od dawna złożona gdzieś na osobnym dysku. (Oba te przekonania okazać się miały prorocze, ale nasze prorokowanie uszło wtedy uwagi społeczeństwa w obliczu faktów.)</p>
<p>Pytaniem, którego wtedy jakoś chyba nie mieliśmy ochoty zadawać, a może po prostu nie pamiętam, jak się z nim mierzyliśmy, było pytanie-klucz: czy publikacja zdjęcia trupa Milewicza była Dobra, czy Zła (w którym to przypadku ganienie publikacji było Dobre). Chciałbym wiedzieć, co miałem wtedy do powiedzenia na ten temat. Ale, co wie każdy, kto kiedykolwiek umierał, czasu cofnąć się nie da i muszę sam, teraz, dać odpowiedź za tego żałosnego dupka, którym zapewne byłem 8 czy 9 maja 2004.</p>
<p>Fajną obserwację poczynił kiedyś Ziemkiewicz: w jednym, z felietonów zwrócił uwagę na tzw. &#8222;kwestionariusz Prousta&#8221; (nawiasem mówiąc zwany tak tylko dlatego, że podobno Proust odpowiadał nań więcej, niż raz; o ile mi wiadomo zresztą, Proustowi było z luźmi raczej nie po drodze i nazywanie zabawy towarzyskiej jego akurat nazwiskiem to efekt nie najlepszego marketingu). Kwestionariusz taki publikuje, a w każdym razie publikowała jako stały dział &#8222;GW&#8221; w swoim dodatku dla nie wiadomo kogo pt. Wysokie obcasy. W kwestionariuszu tym pada kretyńskie pytanie: jak chciałbyś umrzeć? Obserwacją Ziemkiewicza było to, że 100% odpowiedzi ankietowanych przez dzielne red. feministki, brzmiała: bezboleśnie, cicho, najlepiej &#8211; nie zauważywszy tego. Tak jakby nasza śmierć miała być czymś w rodzaju kradzieży samochodu, który do tego nie specjalnie lubiliśmy, a tak w ogóle to był wysoko ubezpieczony. Taki błogi stan podrywanej mężatki: oddalać tę myśl od siebie, aż w końcu będzie za późno i trzeba będzie ulec, ale przecież kto mógł przypuszczać? Tak właśnie chcemy myśleć o śmierci: wcale.</p>
<p>A tak się nie da z jednego prostego powodu: bo &#8222;wcale&#8221; to jedyna odpowiedź na pytanie &#8222;jak chciałbyś umrzeć&#8221;, która z pewnością i na 100% nigdy się nie spełni. Może to mocne słowa dziś, kiedy znany z gry Civilization &#8222;wielki projekt&#8221; Długowieczność jest już &#8211; podobno &#8211; bliższy niż dalszy spełnienia: to jedna z tych rzeczy, w które nie uwierzę, dopóki nie zobaczę. Bo szczerze mówiąc trochę mam nadzieję, że jeśli nasza wolna wola zajdzie tak daleko, to Bóg zauważy wreszcie, że pora zamykać sklepik. Ale serio mniejsza o to: nie warto mieć nadziei, że ze śmiercią &#8222;jakoś się ułoży&#8221;. Że &#8222;nie będzie nas epatować&#8221;. Dlatego dzisiaj nie mogę spać, bo po głowie chodzi mi tylko, że pismaki z &#8222;Superaka&#8221; odwaliły kawał dobrej roboty. Może przypadkiem, po prostu wrzucając fotkę na kolumnę, po przedyskutowaniu sprawy na kolegium redakcyjnym, a potem z zarządem. Może cała &#8222;ideologia&#8221;, na którą później powoływali się w tłumaczeniach jest bzdurą. Ale jedno jest ważne: gazeta &#8211; było nie było &#8211; dla mas (i obojętne, czy to znaczy &#8222;brukowiec&#8221;, czy &#8222;gazeta popularna&#8221;), wrzasnęła: MEMENTO MORI! Nie znasz dnia ani godziny, kiedy staniesz się podpunktem boskiego planu stworzenia, &#8222;Super Expressie&#8221;. Zabawne, no nie?</p>
<p>Śmiertelnie zabawne.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://pszemau.com/2008/09/29/milewicz/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>9</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Mam kwity na Wałęsę!</title>
		<link>http://pszemau.com/2008/06/11/mam-kwity-na-walese/</link>
		<comments>http://pszemau.com/2008/06/11/mam-kwity-na-walese/#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 11 Jun 2008 19:58:51 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Przemysław Bociąga</dc:creator>
				<category><![CDATA[o Autorytetach]]></category>
		<category><![CDATA[o mediach]]></category>
		<category><![CDATA[o polityce]]></category>
		<category><![CDATA[o tzw. społeczeństwie]]></category>
		<category><![CDATA[dziennikarze]]></category>
		<category><![CDATA[Lech Wałęsa]]></category>
		<category><![CDATA[lustracja]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://pszemau.com/blog/2008/06/11/mam-kwity-na-walese/</guid>
		<description><![CDATA[Obejrzyjcie to, błagam; ostateczny dowód, do tego otwartym tekstem. I, żeby nie było litości dla dziennikarzełków, którzy za tym stoją, metryczka pisma: Panorama Południa, ISSN 1732-1840, nr 10(96)/2008, dwutygodnik, nakład 35 000 egz. Wydawca: PPHU ANDAPOL &#8211; Janusz Połeć. Adres redakcji: ul. Czapli 19a, 02-781 Warszawa. Red. naczelny &#8211; Janusz Połeć.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Obejrzyjcie to, błagam; ostateczny dowód, do tego otwartym tekstem. I, żeby nie było litości dla dziennikarzełków, którzy za tym stoją, metryczka pisma:</p>
<p>Panorama Południa, ISSN 1732-1840, nr 10(96)/2008, dwutygodnik, nakład 35 000 egz.<br />
Wydawca: PPHU ANDAPOL &#8211; Janusz Połeć. Adres redakcji: ul. Czapli 19a, 02-781 Warszawa. Red. naczelny &#8211; Janusz Połeć.</p>
<p><a href="http://pszemau.com/gfx/walesa.jpg" target="_blank"><img src="http://pszemau.com/blog/wp-content/walesa_thumb.jpg" alt="walesa_thumb.jpg" /></a></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://pszemau.com/2008/06/11/mam-kwity-na-walese/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
		</item>
	</channel>
</rss>
