czwartek
Otoczaki
Problem natury redaktorskiej: czy “restrukturyzacja” jest eufemizmem na określenie masowych zwolnień, czy “masowe zwolnienia” to tylko histeryczna nazwa restrukturyzacji?
" />
Obawiam się adwokatów i ich echa – dziennika,
będącego tylko słowem,
którego brzmienie trwa
dwadzieścia cztery godziny:
oto tyrani zagrażający nam dzisiaj.
- Astolphe de Coustine
Problem natury redaktorskiej: czy “restrukturyzacja” jest eufemizmem na określenie masowych zwolnień, czy “masowe zwolnienia” to tylko histeryczna nazwa restrukturyzacji?
Zdefiniowałem kiedyś na użytek własny (i, niestety, z własnego doświadczenia) wolny zawód jako taki, bez którego generalnie można się obejść. Przez bezosobowe “się” rozumiem nie korpów, którzy w zasadzie utrzymują wolne zawody przy życiu, ale całą klasę średnią, czyli małe i średnie przedsiębiorstwa, skupione na nieartystycznej produkcji, handlu i usługach. W uproszczeniu: wolny zawód reprezentujesz wtedy, kiedy, biorąc do ręki np. drukowany folder, stwierdzasz, że przy jego pracy nie pracował fotograf, grafik, dziennikarz, redaktor ani fotoedytor i gdybyś przyłożył się do tego dzieła, z pewnością przynajmniej pod jednym z tych względów byłoby ono lepsze.
Nowy film Nory Ephron, Julie & Julia, ze zrozumiałych względów łatwy do pomylenia z “Diabłem, co to się sami wiecie gdzie ubiera”, zaskoczył mnie bardzo miło. Bardzomiłość zaskoczenia polegała głównie na tym, że przekonany, że idę dokarmić zagniewanego mzimu chodzenia na nie-zabijacko-napadalskie romkomy, trafiłem nań w sumie przypadkiem i przekonywałem się z minuty na minutę seansu. To ostatnio rzadkie, bo od kiedy odzwyczaiłem się chodzić do kina ot tak, chodzę głównie na filmy, o których mam nadzieję, że będą mi się podobać, a zatem grunt pod pozytywną recenzję jest przygotowany.

“…brzydkich wyrazów nie będę używał,
studia ze zdrowym rozsądkiem pogodzę…
Wiesz, mamo, studia też kształcą,
a podróże są drogie.”
- śpiewało się kiedyś piosenkę Poniedzielskiego przy ogniskach na wyjazdach, które niewątpliwie jakoś tam edukowały. Nauczyło mnie więc życie harcerskie, żeby zawsze mieć przy sobie apteczkę, w której zawsze brakuje dokładnie tego jednego leku na dolegliwość, która się przydarzy (bo kto by pomyślał o aviomarinie i kroplach do oczu, skoro ani choroby lokomocyjnej, ani wizyjnej, nigdy nie miałem?)
Nauczyło mnie też obozowe życie sobieradka, jak zbudować sobie pryczę – co jest mi teraz cholernie przydatne, kiedy półtora tysiąca kilometrów od domu nie potrafię uruchomić sieci bezprzewodowej na laptopie. Wiem za to, co do czego służy w świetnie zaopatrzonych norweskich sklepach turystycznych (bo Norwegowie nade wszystkie sporty lubią trekking z lekką składaną patelenką i turystycznym jajnikiem pełnym jajek, żeby sobie w plenerze zrobić sadzone – sic!).
W swojej nieszczęsnej karierze harcerskiej zdobyłem wiele różnych sprawności, które zasadniczo można podzielić na kompletnie nieprzydatne (milczek!!!) oraz te, które na rękawie powinno się wyszywać przy pomocy logo różnych firm: mam więc sprawność nokia (a obecnie raczej HTC) w zakresie komunikowania się z oddalonym zastępem. Świetnie radzę sobie z orientacją w terenie przy użyciu sprawności garmin – potrafię dzięki niej wyznaczyć nawet optymalną porę połowu ryb i godzinę wschodu księżyca w danej szerokości geograficznej. Sprawność obozowego grajka załatwia combo samsung-logitech (w stereo!) i tylko dobrze się zapowiadającej kariery milczka, ku chwale Ojczyzny, nie kontynuuję. Trudno jednak nazwać to wszystko wykształceniem wyniesionym z podróży – ostatecznie ludzie wyjeżdżają także na wczasy z prawem jazdy, a jakoś nieskorzy jesteśmy przyznać, że wycieczki do Łomży uczą prowadzić samochód. Prawdziwe pytanie brzmi: czy podróże kształcą przez jakieś oświecenie, czyli: czy sam fakt, że jest się w Innym Miejscu czyni nas mądrzejszymi.
Dyskusja nad pojęciem pseudokibic przycichła już parę lat temu. Dziennikarze, niestety, mają większy wpływ na ludność, niż nam się to na co dzień wydaje (myślę, że gdyby jedna myśl z tego bloga miała zostać jako jego morał, powinna to być właśnie ta) i kiedy wszyscy dziennikarze przyjęli do wiadomości (a jest to chyba w masie dość bezrefleksyjna grupa zawodowa), że przyczyną awantur na stadionach są pseudokibice, opór był bezcelowy.
Pasek Pierwszej Polskiej Telewizji Informacyjnej, która w autoreklamowych spotach chwali się, że jest tak często cytowana, wprowadził pewne novum, więc niech będzie zacytowany jeszcze raz:
[tvn24] W nowelizacji prawa przewidziano zwiększenie kar dla pseudokibiców [tvn24]
Znaczy – coś się zmieniło.

Zdziwienie moje wywołała dzisiejsza poranna lektura TVN 24 (od dawna noszę się z zamiarem przestawienia się na gazety przy śniadaniu, ale musiałbym w tym celu jakąś prenumerować). Wszystkie kamery skierowane na… pielgrzymkę papieską. Ani papież-Polak, ani cel-Polska, o co może chodzić?
Nietrzeciomajowe (a i niepierwszo-) przemyślenie pod wpływem poszukiwań, jakie w długi weekend zapuściłem w google’u. Niewinnie postanowiłem byłem sprawić sobie nowy aparat, ale nie będąc pewnym co do wyboru, zapragnąłem zasięgnąć języka na sieci. Wszyscy wiemy, jakiej strony używa się w takich wypadkach: tej, która łamie prawa człowieka w Chinach (argument nietrafiony, jeśli o mnie chodzi) oraz tej samej, która pragnie wprowadzić w sieci komunizm własności intelektualnej (tak słyszałem). Co już brzmi znacznie bardziej niepokojąco. A ponieważ perspektywa zdigitalizowania wszystkich książek świata trochę jeży mi włos na plecach (fuj!), kibicuję upadkom googli nie przestając korzystać z ich dobrodziejstw zgodnie z zasadą odwiecznej równowagi przyrody (i ostentacyjnej nadobojętności wobec praw człowieka w Chinach). Przeważnie przez upadki informatycznego giganta rozumiem jednak te spektakularne: wtopili forsę w jakiś nierentowny projekt, opracowali telefon, który przegrywa nawet z ajfonem – dandysem z leprozorium, albo zmuszeni byli odstąpić od planu zeskanowania całej biblioteki senackiej USA. Tym razem jednak doszedłem do smutnych wniosków o strukturalnym kryzysie flagowego i kluczowego produktu Google – google’a.
Noc sprzyja jakoś dziwnie rozmyślaniom o śmierci i mimo, że pierwotnie planowałem wrzucić na blog równie poważny, ale nie śmiertelnie poważny temat, po stoczeniu bitwy z myślami uznałem, że “lepszy wróbel w garści…”, czyli, w naszym przypadku, bardziej błaha myśl w głowie własnej, niż choćby złota – w cudzej. Pamiętacie red. Milewicza?
Obejrzyjcie to, błagam; ostateczny dowód, do tego otwartym tekstem. I, żeby nie było litości dla dziennikarzełków, którzy za tym stoją, metryczka pisma:
Panorama Południa, ISSN 1732-1840, nr 10(96)/2008, dwutygodnik, nakład 35 000 egz.
Wydawca: PPHU ANDAPOL – Janusz Połeć. Adres redakcji: ul. Czapli 19a, 02-781 Warszawa. Red. naczelny – Janusz Połeć.
Konkurs bez nagród: za jaką obcą rasę z Gwiezdnych Wojen przebrana jest tym razem Katarzyna Skrzynecka?
Szczegóły niebawem.
gmail.com 