" />

z sufitu

Obawiam się adwokatów i ich echa – dziennika,
będącego tylko słowem,
którego brzmienie trwa dwadzieścia cztery godziny:
oto tyrani zagrażający nam dzisiaj.
- Astolphe de Coustine

18 wrz 06
poniedziałek

United after 9/11

Napisał Przemysław Bociąga o Człowieku, o kinie, o tzw. społeczeństwie

Z początku miałem napisać tylko tyle: Pragnę uspokoić wszystkich fanów pojednania z islamem na jego warunkach i orędowników tezy, że to religia miłości, a nie terroryzmu. Niech śpią spokojnie, bo „United 93″ Greengrassa pokazuje islam zgodnie z prawdą, jako religię popaprańców, dążących do mordu wszystkiego, co żyje i sprzeciwia się ich wierze, dążących do opanowania świata przez ich chore „ideały”. A zatem – w zasadzie zainteresowanych bezinteresownym mordem. Resztę impresji po tym filmie napisała już śp. wściekła i dumna Oriana Falacci, zapewne nawet go nie widząc.

Miałem poprzestać na takiej notce, ale jednak się nie powstrzymam.

WTC 9/11

(dalej…)

05 wrz 06
wtorek

Miami Vice Reality Show

Napisał Przemysław Bociąga o kinie, o mediach

Przywykło się mówić o reality shows źle albo wcale, zwłaszcza w tzw. dobrych domach. Przywykło się też mówić, że Spielberg, czy też ktoś niedługo przed nim, wprowadził do kina realizm ostateczny, takie w każdym razie wersje słyszałem. Tymczasem nie pierwszy już raz, przy okazji bardzo miłego filmu Miami Vice dostajemy obraz jeszcze o oczko „realistyczniejszy” (historyk sztuki by się wkurzył, bo realizmu się nie stopniuje, proszę pana!). Mam niewielkie doświadczenie z reality shows bo podobno, jak pisał Piotr Walkowicz, Antropolog albo nie ogląda telewizji i jest z tego dumny, albo ogląda telewizję i się tego nie wstydzi. Chętnie zapisałbym się do tej drugiej grupy antropologów, ale zwyczajnie nigdy nie mam czasu i/lub telewizora. Z tego jednak, co widziałem, charakterystyczna kamera dająca jakość godną monitoringu przemysłowego, która zrobiła karierę w mediach wychodząc od śledztw dziennikarskich poprzez telenowele dokumentalne i stylizacje na takowe (Detektywi na przykład), wygląda mniej więcej tak i robi niezłą karierę w kinie. Czy szanowni krytycy popkultury zgodzą się ze mhą, że jest to pewna korzyść płynąca z reality shows?

Aaa, zapomniałem, że krytycy popkultury rzadko widzą korzyści w amerykańskim kinie.

Miami Vice Michaela Manna polecam.

30 sie 06
środa

Overvrite (y/n)? __

Napisał Przemysław Bociąga o Autorytetach, o kinie

Ciekaw jestem, czy przeoczyłem moment, kiedy w polskim kinie przestało być beznadziejnie, czy właśnie stało się to na moich oczach. Palimpsest, zupełnie wtórny w skali światowej film (Powiększenie, Memento, ?), w skali krajowej jest nowatorstwem pozwalającym na optymizm.

palimpsest.jpg

(dalej…)

26 lip 06
środa

Z kroniki wypadków filmowych

Napisał Przemysław Bociąga o kinie, o literaturze

Widziałem jeszcze nowych Piratów, ale o tym nie warto mówić. Psy szczekają, karawana jedzie dalej…

(dalej…)

25 lip 06
wtorek

Libertyn po angielsku

Napisał Przemysław Bociąga o kinie, o sztuce

Czas zmierzyć się z tematem Libertine‘a, przetłumaczonego na polski, dość brzydko chyba, jako rozpustnik*. Właściwie nie wiem, czemu nie podoba nam się ten tytuł, ale nie podoba nam się i już – gust jest kategorią społeczną i nie mnie stawać okoniem wobec tego nurtu.

Brudny, ziarnisty, piękny i wyważony, barwny ale monochromatyczny Libertyn już trzy razy przyciągnął mnie do kina i wypada chyba uznać, że więcej już z niego nie zrozumiem – albo strzelić sobie w łeb, że tyle rzeczy umyka mi nadal.

Wbrew nadziejom niektórych, jest to film w pierwszej kolejności o sztuce, a dopiero w drugiej albo trzeciej – o władzy. Zresztą pytania o naśladownictwo i rolę mimesis (tu kulminacyjny cytat – Jam naturą, a ty sztuką) zdają się adekwatne do epoki, w której rozgrywają się dzieje earla Rochester. Iście po amerykańsku namierzona postać do sportretowania: geniusz-dewiant, podważający (tu, jakoby, swoją seksualnością, choć to akurat zdaje mi się wątpliwe) podstawowe zasady życia społecznego, w końcu pokazuje swoje inne oblicze. Problem z nakreśleniem postaci polega chyba na tym, że jego perwersja osiąga apogeum w pierwszej scenie (-Did you like abduction?) i potem już tylko opada. Że opada, to akurat dobrze dla filmu – pieprzeniem też można przesłodzić. Ale ta pierwsza scena… pozostawia jakieś wrażenie, którego następnie trzeba się pozbywać. W porównaniu z tym nawrócenie grzesznika-rozpustnika (które pono rzeczywiście stało się udziałem Wilmota przed śmiercią) wypada dość blado, a sama jego mowa (której specjalnie przysłuchiwałem się trzy razy) jest może i mocnym akcentem filmu, ale nie pozostawia po sobie chyba wielkich przemyśleń.

Postać jako taka wydaje się mocniej dograna przez Deppa, któremu wystarczy dość porządny film, żeby pokazać pełnię kunsztu, niż napisana – chyba, że reżyserowi zależało na analizie psychologicznej alkoholika w XVII wieku. Przekonujący ale pusty portret sybaryty i lekkoducha, który dodatkowo wspierają talentami: ten pan, co to jest jak John Malkovich czy Rozamunda Pike (whoa! Ta laska jeszcze przed chwilą była do obejrzenia w Doomie i kto by się spodziewał, że jak się wkurzy na ekranie, to mam ochotę sam ją przebłagiwać? Co umie grać, to jej.) I jeszcze ta pani Samantha Norton, brzydka, ale utalentowana – jak mówił o niej sam Johnny Wilmot.

No i ta kamerka. Scena liryczna w parku św. Jakuba to mistrzostwo świata.

John Wilmot

__________

* Dodam, że chyba nigdy tłumaczenie filmu samego, nie tytułu, wzbudziło tyle mojego entuzjazmu. Nazwisko tłumacza, by go tu w miarę możliwości uhonorować, niestety nie zostało dostatecznie wyeksponowane.

09 lip 06
niedziela

Lato w mieście – cd.

Napisał Przemysław Bociąga o kinie, o literaturze

Udały mi się (w sensie wykonania ich :)) dwie wizyty w kinie: Iluzjon zaproponował Fahrenheit 451, zaś mój parafialny multipleks – Libertine’a.

Zapytany, co sądzę o tym drugim, odpowiedziałem, że nie wiem i tej wersji pozwolę sobie jeszcze chwilę się trzymać. Może muszę obejrzeć drugi raz, albo coś?

Fahrenheit 451 Francoisa Truffaut (1966) za to usatysfakcjonował mnie w pełni. Widziałem go, dodajmy, pierwszy raz, na porysowanej, iluzjonowej taśmie z najprawdziwszymi sygnałami do operatora, że czas przełączyć szpulę (In industry, we call it cigarette burns – jak mawiał Tyler Durden).

Fahrenheit 451

(dalej…)

08 lip 06
sobota

Tragiczny bilans wizyt kinowych

Napisał Przemysław Bociąga o kinie

Z filmów, które do tej pory grają w Warszy:

  • Posejdon – nie, głupi w sposób banalny.
  • Tristan i Izolda – po trzykroć nie, głupi w sposób bezwzględny.
  • Dead Fish – nie, słabe naśladownictwo Snatch, którego nie ratuje ani muzyka, ani scenografia, ani NAWET Gary.
  • Gdzie leży prawda – przynajmniej dwa razy tak.
  • Hi Way – +/-, ale to subiektywne. Obiektywnie chyba film beznadziejny :)
  • Miasto gniewu (dalej to grają!?) – można iść.
  • MI:III – takie głupoty lubimy :)
  • Pani Zemsta – tak. Pieprznięty film.
  • Wszyscy jesteśmy Chrystusami – sami wiecie. Tak.

Uff, musiałem sobie to wszystko wypisać, żeby się przekonać, czy jest aż tak źle.

Gorzej – bo jak po takiej czarnej serii mam spokojnie iść na Libertyna i Piratów II?

04 lip 06
wtorek

czarno na białym

Napisał Przemysław Bociąga o kinie, o mediach, o tzw. społeczeństwie

Zupełnie nie wierzyłem, że uda mi się obejrzeć w kinie Good Night and Good Luck. A jednak, Luna postanowiła nie odstraszać mnie do końca najambitniejszym repertuarem Niezależnego Kina Bangladeszańskiego i po prostu wyemitowała go w ramach akcji: poniedziałek za piątaka. Będę odtąd dokładniej się jej przyglądał. I na pewno inaczej będę patrzył na media.

Good Night and Good Luck

(dalej…)

02 lip 06
niedziela

Ela, Elunia lema sabachthani!

Napisał Przemysław Bociąga o Człowieku, o kinie

Drugie oglądnięcie „Wszyscy jesteśmy Chrystusami” nieco zmieniło moją perspektywę. Upewniłem się przede wszystkim, że adiunkt Chyra przerysowuje rolę, żeby Anioł Straż mógł pokazać, gdzie leży różnica między moralitetami w wykonaniu dwóch aktorów. Nie wiem jednak, czy zwróciliście tak jak ja uwagę na najgorsze: sztafaż.

Bruegel, Slepcy

(dalej…)

« Poprzednia strona