wtorek
Z cyklu: foty, które lubię na przekór

Nosi nawet tytuł: Hommage á Josseph Kossuth. Ładny, prawda?
" />
Obawiam się adwokatów i ich echa – dziennika,
będącego tylko słowem,
którego brzmienie trwa
dwadzieścia cztery godziny:
oto tyrani zagrażający nam dzisiaj.
- Astolphe de Coustine

Nosi nawet tytuł: Hommage á Josseph Kossuth. Ładny, prawda?
Wszyscy od rana w radiu narzekają, że w tłusty czwartek przybywa kalorii. A tymczasem to dowód jedynie na to, że tradycję należy pojmować spójnie, nie selektywnie: co cię utuczy w karnawale, zrzucisz w Wielkim Poście. Nawet w tłumaczeniu na nowoczesny język kalorii jedno bez drugiego nie ma sensu.


Nie, serio. Postanowiłem, że jako fotograf jestem jakby pod wynajem. Jakby co.
Sobota, 14 kwietnia. Miasto.
1.

Widziałem w życiu kilka bitew i z zewnątrz, jako widzowi, wszystkie wydają się równie głupie. Kwestia publiczności, którą nieodmiennie bawi fizjologia i pokazywanie dupy przeciwnikom. Ale wierzcie mi, kiedy ten autentyczny Rosjanin z rosyjskiego reenactmentu zaczął przez mikrofon wykrzykiwać do polskich powstańców “Poliaki! U was niet szans!” (czy jakoś tam), odczułem coś nowego przy obserwacji imprez historycznych. Konkretnie miałem ochotę opuścić trybunę dla prasy i wywalić mu z nikona w zęby.
“Jedna z wielkich zalet brytyjskiego reenactmentu jest taka, że możesz strzelać do prawdziwych Szkotów” – jak to powiedział, emigrując, N.
Moja, jeśli wyliczenia są dokładne, jedenasta wizyta w Raju Utraconym.
Na Wschodzie zmiany niewielkie: Moja dawna obserwacja, że najbardziej ugruntowaną tezą Lenina jest, że “w komunizmie kucharka powinna rządzić państwem”, dalej znajduje potwierdzenie w moim codziennym doświadczeniu. Ale ultrawylansowane (zgodnie z zasadą, że na Wschodzie bieguny są takie same, tylko większa pustka między nimi; tym dobitniej widać i nędzę, i przepych) sushi-bary przy Prospekcie Svobody (pol. Wały Hetmańskie) wymagają baczniejszej uwagi następnym razem. Chociaż pewnie snobizm wschodni jeszcze nie dorósł do serwowania pierogów w takich miejscach, a bez varenykiv we Lwowie trudno mi ostatnio żyć.
Potwierdza się moja wersja, że “jadaj tam, gdzie tubylcy” oznacza zawsze McDonalda. Na ukrainie ta franczyzowa demokracja serwowała właśnie włoskie menu z McCiabattą (z plasteliny, autentycznie), ale za to herbatę można wybrać spośród: czarnej, cytrynowej, mięty i greya. I co, czy to nie mówi o Ukrainie równie dobitnie, jak czeburiek i setka wódki z ulicznej budy?
I jeszcze zdanie o tym, kogo zaskoczyła zima: we Lwowie studenci i licealiści jeżdżą do szkoły na biegówkach.
A teraz foty.

Mocne zdanie na lead: Marcel Proust wynalazł polaroid.
Pozwoliłem sobie dzisiaj na chwileczkę zapomnienia, uciekając przed mózgoklejką pracy w stronę Swanna. Wcześniej tylko przyczepiłem do ściany kilka zdjęć z polaroida – zapożyczyłem od Wojtka Tkaczyńskiego taką metodę: powiesić sobie własne dzieła na widoku na kilka dni i sprawdzić, co się będzie o nich myślało. Zrobiłem więc “wystawę” i czytam Prousta. Po drodze zatrzymuję się, wspominając tekst Johna Bergera: Co zastępowało fotografię, nim wynaleziono aparat fotograficzny? Odpowiedź, której można by oczekiwać, brzmi: rycina, rysunek, obraz malarski. Jednak bardziej odkrywcza odpowiedź, brzmiałaby: pamięć. Jak dobrze – myślę – że nie mam zdjęć z kilku wydarzeń, które chciałbym dobrze zapamiętać.
Wtedy wchodzi mama i gadamy chwilę o nowo powieszonych zdjęciach.
- Dobre teraz robią te materiały polaroida – mówi mama. – Kiedyś to, pamiętam, takie blade były, bez wyrazu.
- Materiały zawsze były podobne, tylko one bardzo łatwo blakną – tłumaczę.
- Aha. A jak zapamiętać kolor, żeby nie blakły?
No właśnie, zapamiętać. Ale czy przez to nie wyblakną?
gmail.com 