czwartek
Wstyd i hańba
Włodzimierz W. zrobił ze swoim bankowym problemem, co mógł zrobić najlepszego i przy okazji zrobił chyba jeden z najlepszych możliwych użytków z mediów, jakie zrobić się da. Nieuświadomionych uświadomić: potraktowany dość ohydnie przez pracownika Eurobanku, konkretnie jakiegoś nudnego specjalistę ds. windykacji, po prostu go nagrał, a nagranie wysłał dziennikarzom, którzy wywiązali się z zadania przyzwoicie: co prawda oszczędzili mu nazwiska, ale przynajmniej nazwę banku poznaliśmy.

Włodzimierz W. wziął kredyt konsumencki na 20 000 PLN, czyli taki na życie, kilkuletnie auto z komisu – ogólnie, żaden wersal. Po kilku miesiącach spłacania zaczęły się obsuwy, ale bank nie chciał z nim już rozmawiać, wynalazł do szczekania na niego swojego liniowego pracownika, który zrobił Włodzimierzowi W. takie małe Guantanamo. Wysłana dziś do tłumaczenia się ze sprawy rzeczniczka prasowa banku sprytnie uniknęła odpowiedzi na pytanie, czy był to incydent, czy efekt przyjętej polityki banku. Nie musiała – my doskonale wiemy, że o sposobie traktowania dłużników doskonale wiedzieli i popierali go wszyscy wstępni i zstępni, a może nawet przylegli koledzy z hierarchii. Problem poważnego poniżania człowieka ma więc charakter strukturalny i trudno tutaj nie odwołać się do tej młodzieńczej cząstki duszy, która zgodnie z przykazaniem Bismarcka pozostaje socjalistyczna.
Ale to, że winien jest system, nie zdejmuje osobistej odpowiedzialności z tego dzieciaka, zapewne mojego rówieśnika. Biały kołnierzyk, którego do takich rzeczy kupiono za – zapewne – jakieś dwa i pół tysiąca netto miesięcznie i może służbowego focusa, chociaż w to akurat wątpię, to jednak musi być bagno moralne. Kiedy dziennikarze pytali o jego los rzeczniczkę, miała święte prawo odpowiedzieć, że nie zna przyszłego losu gnojka i z prawa tego skorzystała. Moje fantazje na temat rozwiązania afery są dwie.
Jedna z nich dotyczy osobiście małego, białego kołnierzyka, kapo systemu bankowego (zapewne sam się jakoś widział w tej roli, o ile stać go było na namiastkę autorefleksji). Byłego białego kołnierzyka, wylanego z banku, który kończy na przynajmniej kilka miesięcy bez pracy z hipoteką, o którą zaczyna upominać się kredytodawca. Wiem, pomarzyć dobra rzecz, ale marzenia czasem się spełniają. Nie spełni się natomiast drugie moje marzenie: na warszawskiej giełdzie Eurobank nie jest niestety obecny, a wielka szkoda. Miło byłoby dziś popatrzeć na jego notowania. Tej firmie dobrze w czerwonym.
Ale nawet bez spektakularnych spadków, polityka windykacyjna banku odbije się czkawką na jego kondycji i dlatego uważam, że Włodzimierz W. zrobił z nagraniami swoich rozmów najlepsze, co mógł zrobić, a właściwie drugie najlepsze, jeśli liczyć wrzucenie ścieżki dźwiękowej na YouTube, na co zapewne nie starczyło mu inwencji albo technicznego obycia. Gdyby potrafił stworzyć taki materiał i wysłać link do kilku osób, jego kredytodawca mógłby mieć jeszcze większe problemy. Media w końcu zapomną (kiedy tylko zobaczą Palikota, o Bożym świecie zapominają), internet zdaje się pamiętać trochę dłużej. Co jest kolejnym dowodem tezy, że dziennikarzami przyszłości jesteśmy my wszyscy.
Ale czy windykator o mentalności dresa albo oziębła pani z okienka, która informowała Włodzimierza W. o celowym nierozpatrywaniu jego pism – to kryzys, czy skutek, jak to ujął śp. Kisiel? I, jeśli kryzys, to czego, a jeśli skutek, to też czego? To pytanie, nad którym warto się zastanowić. Rozmowa z rzeczniczką prasową Eurobanku, która (tak, zauważyliśmy!) przeprosiła, ale nie za praktyki banku, tylko za to, że “wszyscy państwo staliście się świadkami takich praktyk” (bo wszyscy wiedzą, że “z dłużnikami trzeba postępować stanowczo”), rozmowa ta, powiadam, miała miejsce o dziesiątej.
Zaledwie trzy godziny później przemierzając parking, w który zmieniła się ulica Mysia w Warszawie, stałem się świadkiem następującej scenki. Na parkingu utworzył się korek, co jest typowe dla wąskich gardeł, zwłaszcza przesmyków dwukierunkowych. Pojazdy opuszczające “parking” w kierunku Nowego Światu zablokowały drogę tym, które zamierzały przedostać się ku Brackiej. Pierwszym na liście zablokowanych był mężczyzna lat pięćdziesięciu, prawdopodobnie jakiś kurier, bo po czapkę z daszkiem ubrany pod kolor piętnastoletniej czerwonej fiesty, rzęcha ledwie jeżdżącego. Mężczyzna zwyczajnie bał się próbować manewrować między autami, co do jednego droższymi zapewne niż wszystko, co posiada, razem wzięte. Za nim zaś nowiutkie porsche cayenne, pół miliona niewyjęte, za kierownicą biały kołnierzyk, zegarek w srebrnej kopercie i fryzura wskazująca, że przynajmniej raz na tydzień jest umawiany do fryzjera. Znacie ten typ. Młody zdolny, przyszłość narodu. I oto przyszłość narodu odzywa się do poprzednika, a słowa jej brzmią ni mniej ni więcej:
- No kurwa ruszżeż tę pizdę, fiucie jebany.
Nie kantuję, tak właśnie powiedział. Nawet “tę” wymówił dokładnie, literacką polszczyzną, żadne potoczne “tą”.
Dawniej oznaczało to, że polszczyzny uczył się z rynsztoka (mówiło się też na nią furmańska albo szewska), teraz wystarczy blog Kominka. Wpis, przedstawiony pod tym linkiem, uczynił Kominka sławnym (wśród ludzi), ale też blogowym celebrytą (w środowiskach tzw. opiniotwórczych) i zawsze zastanawiałem się dlaczego. Dziś myślę, że ci, którzy go mianowali, po prostu poczuli się ukontentowani kominkowym przesłaniem, którego zarówno treść, jak i forma sprowadza się do tego, że mu “parówki zajebali”.
Tylko, że kominek nie był wybrany celebrytą i wpływowym blogerem w narodowym plebiscycie, którego wyniki odzwierciedlają miałkość całego polskiego społeczeństwa. Tego typu decyzje podejmują, zazwyczaj samemu o tym nie wiedząc, reprezentanci tego, co kiedyś nazywało się inteligencją: dziennikarze i publicyści, pisarze, artyści, uczestnicy życia publicznego. Jak w skrócie nazwać ich dzisiaj, kiedy poprzednie określenie może mieć charakter najwyżej zwyczajowy?
Bardzo się tego wystrzegam, ale trudno mi dzisiaj nie wpaść w ton “starych, dobrych czasów”. Wystrzegam się, bo, jak głosi dobry amerykański gag, nie wiem, czy te czasy kiedykolwiek były. I, co za tym idzie nie wiem, czy jest dokąd postulować powrót. Czy Wokulski był autentycznie lepszy od bohaterów “Nigdy w życiu”, czy tylko został lepiej skonstruowany jako bohater literacki? Bo jeśli to drugie, pośrednio możemy się czuć zwolnieni z obowiązku połykania kija od szczotki, który przeważnie nazywamy moralnością: światem zawsze rządziło bydło, przebrane za inteligencję… Mam jednak wrażenie, że tym razem wyjątkowo moja rezerwa nie ma racji bytu.
Mam też taką nadzieję, bo co raz się zmieniło na gorsze, ma szansę zmienić się z powrotem na lepsze.
gmail.com 