" />

z sufitu

Obawiam się adwokatów i ich echa – dziennika,
będącego tylko słowem,
którego brzmienie trwa dwadzieścia cztery godziny:
oto tyrani zagrażający nam dzisiaj.
- Astolphe de Coustine

19 paź 09
poniedziałek

Wybloguj się

Napisał Przemysław Bociąga o kinie, o mediach

Nowy film Nory Ephron, Julie & Julia, ze zrozumiałych względów łatwy do pomylenia z “Diabłem, co to się sami wiecie gdzie ubiera”, zaskoczył mnie bardzo miło. Bardzomiłość zaskoczenia polegała głównie na tym, że przekonany, że idę dokarmić zagniewanego mzimu chodzenia na nie-zabijacko-napadalskie romkomy, trafiłem nań w sumie przypadkiem i przekonywałem się z minuty na minutę seansu. To ostatnio rzadkie, bo od kiedy odzwyczaiłem się chodzić do kina ot tak, chodzę głównie na filmy, o których mam nadzieję, że będą mi się podobać, a zatem grunt pod pozytywną recenzję jest przygotowany.

Julia_Child

Druga bardzomiłość zaskoczenia bierze się zaś stąd, że film nie dość, że śmieszny i sympatyczny, okazał się w jakimś sensie niegłupi. Historia, stanowiąca dwie trzecie fabuły, opowiada o dziewczynie w niemal moim wieku, która nie ma pomysłu na siebie. Zupełnie przypadkiem jej mąż (mąż!) udziela jej rady, którą ja sprzedałem dwa razy w ciągu ostatnich kilku miesięcy – zupełnie przypadkiem – moim rówieśnikom w podobnym stanie ducha. “Załóż blog!”.

Blog Julie nie był przebłyskiem geniuszu młodych-zdolnych-energicznych, którzy napaleni na sukces rzucili się na wszystko, kupili pięćdziesiąt poradników o blogowaniu i trzeciego dnia pisania miernych notek zaczęli udzielać się w “blogosferze” za pomocą komciów “Fajnie! Zapraszam do mnie!”. Blog Julie był wynikiem trzeźwej kalkulacji; był jej ostatnią deską ratunku, żeby przed trzydziestką w ogóle zrobić coś oprócz gnicia w biurowym przedziale. Był prostym, jednostrzałowym pomysłem, w swej prostocie bardzo podręcznikowym: ugotować wszystkie potrawy ze sławnej, amerykańskiej książki kucharskiej innej, siedem dekad starszej Julii. Warto przeczytać te kilka słów jej biografii: ukończyła studia humanistyczne, przyzwoicie wyszła za mąż, trochę podpracowywała jako biurwa, ale głównie była żoną. Jej następczyni – moja rówieśnica nieomal, cierpiała na ten sam problem. Uwagę tę dedykuję… ona wie, komu.

Obie osiągnęły to, co chciały (owszem, zdradzam zakończenie filmu, ale jest to zakończenie przewrotne – ekranizacja autobiografii osoby, która osiągnęła sukces, dzięki napisaniu autobiografii – chyba nie trzeba więc ukrywać, że taż w końcu powstanie?). Jednak historia Julie Powell jest na pierwszym planie, a Julie wylansowała się blogiem i mimo wszelkich uproszczeń, które najbardziej chyba przypominają Diabła…, jest to podane – wybaczcie dwuznaczność – strawnie i wiarygodnie.

Kino opuszczałem z poczuciem ulgi, bo w trakcie seansu dotarła do mnie prosta obserwacja. Coś, co nazywane jest blogosferą (ciekawa wymiana uwag z F. pozwoliła mi wykrystalizować myśl: termin blogosfera to dziś już zasłona dymna, którą dziennikarze przesłaniają prawdę, że nie ma żadnej osobnej blogo-sfery) musiało, jako fenomen społeczny, doczekać się monografii. Ta monografia powstała i dzięki inteligentnemu rozegraniu sprawy przez p. Ephron, powstała jako fajny i nienachalny film. Nie mówię, że nie było świetnie – może było, może nie, a ja jestem niesłusznie podniecony. Ale mogło być duuużo, duuużo gorzej.

Bo chyba nadal większość projektów internetowych zaczyna się jak kapele garażowe – od chwytliwej nazwy, słomianego zapału i snu o gruppies, robiących loda w green roomie.

Podziel się ze światem:
  • Facebook
  • Print
  • Wykop
  • LinkedIn
  • Twitter
  • email
  • Google Bookmarks
  • MySpace
  • del.icio.us

Zapraszam do komentowania

Przy wklejaniu długich linków uprasza się o korzystanie z tiny.pl