piątek
Narodowe charaktery
Na norweskiej farmie kooperatywa dwóch sąsiadów kupiła na spółkę kombajn (za który, gdyby nie byli farmerami, kupiliby sobie nówka sztuka full wypas Audi A8 każdy), ale że maszyna na razie człowieka w pełni nie zastąpi, kiedy zapada zmierzch, a na następny dzień wicherek wróży opad atmosferyczny, wspomagają się też sąsiedzi nawzajem własną siłą roboczą. Nie wiem, czy tego rodzaju współpraca sąsiedzka ma miejsce wśród tzw. rolników indywidualnych na polskiej wsi. Wiem natomiast, że nawet jeśli ma, to odbywa się to w milczeniu krajowej kultury na temat jej przejawów.
Granica bowiem zawsze była idealnym wzorem pojednania przeciwieństw: z jednej strony jest czymś, co rozdziela. Z drugiej – jest łącznikiem, miejscem, gdzie z dwóch graniczących ze sobą wartości tworzy się nowa. Tymczasem kultura nasza bowiem z miedzą – chłopską granicą – wiąże wyłącznie pojęcie konfliktu, znane od Sienkiewicza do Chęcińskiego i dalej.
Pomyślałem sobie na ten widoczek, że rzeczywiście jakiś charakter narodowy istnieje i – zapewne – rzeczywiście jakiś mamy zarówno my, jak i młodsi bracia narodu Ikei. A w związku z tym być może częściowo uzasadnione wydaje się wyrzekanie, że „my, Polacy” tacy to a tacy jesteśmy, że nie umiemy wziąć poszczególnych części ciała w troki i, na przykład, zmodernizować rolnictwo. Bo nawet tutaj pierwszy gospodarz we wsi sam by kombajnu nie kupił, a we dwóch to już daje radę się zadłużyć. Z czego wniosek: nawet u nas, gdyby się kilkoro chłopstwa dobrało, jakoś by się wyspecjalizowali i robotą podzielili, a na studia dla dzieci na SGGW by było. Wniosek nie wiem, czy słuszny, ale dla tych rozważań marginalny.
Skoro bowiem tacy przykładowi Norwegowie mają charakter kooperatywny, a my – antagonistyczny, to by znaczyło, że każdy z nas ma swoje tzw. zady i walety. Albowiem charakter przekorny nasz daje się we znaki w czas pokoju, jak i w czas wojny, ale – nie bójmy się tego przypomnieć – także w zawierusze dziejowej norweska skłonność do współpracy znalazła swoje ujście. Problemem jest tylko, że o sukcesach społeczeństw kooperatywnych mówi się wyłącznie dobrze („Tacy na przykład Norwegowie kombajny na spółkę kupują”), podczas kiedy samych siebie przeważnie stawiają Polacy wyłącznie w złym świetle („Bo my, Polacy, tylko wobec wroga jesteśmy solidarni”). Dlaczego?
Fraza „my, Polacy” jest niestety niezwykle popularna, a wśród obiegowych zdanek i wyrażonek gości na mojej czarnej liście od dość dawna. Zżymam się i zżymam, a ona jak gdyby nic sobie nie robiła z mojego zżymania. Dostała się nawet kiedyś na okładkę Polityki, której niestety w sieci nie znalazłem, pamiętam ją jednak jakoś sprzed dekady. Oto była na niej Edyta Górniak, spod nabijanej cekinami kiecki z bazaru prezentująca różowe majty, które fotograf uchwycił zapewne przy nieudanych poszukiwaniach bobra. Nagłówek zaś zapytywał dramatycznym głosem: „Skad my mamy taki gust?”.
Nie znam odpowiedzi, którą wystękała wtedy „Polityka”, co wydaje mi się zrozumiałe – skoro skądś mają TAKI gust, to nie jest to gazeta, którą warto wziąć do ręki, jeśli się, jak ja, takiego gustu nie ma. Piszę to jednak ironicznie (zdziwieni!?), bo oczywiście wiem, o jakich „nas” chodziło: o „nas, Polaków”.
„My, Polacy” w rozmówkach polsko-polskich zawsze jesteśmy beznadziejni: my, Polacy, nie sprzątamy po psach. My, Polacy, parkujemy na miejscach dla kalekich. My, Polacy… oj, czego my jeszcze nie robimy. Moja śp. polonistka z liceum mawiała nawet o naszej narodowej wadzie… że wziąść mówimy, zamiast wziąć. Narodowej, że jeszcze raz podkreślę kwalifikację czynu. Ciekawe tylko, kiedy wreszcie do Pana Kuby do Trójki zadzwoni inteligent z klasy nowej średniej, z auta w podróży służbowej ze skargą, że my, Polacy, tak gówniany PR mamy, że już się nawet narzekać nie chce.
gmail.com 