poniedziałek
Piosenkarz do recyklingu
Teraz, kiedy kolejna głośna – w jakże ciekawy sposób – śmierć nieco przebrzmiała, postaram się spisać kilka uciekających myśli na jej temat.
Po pierwsze, śmierć Michaela Jacksona była dla mnie szokiem. Był to jednak szok nie w tym sensie, że kogoś nagle zabrakło. W istocie miałem łzy w oczach, kiedy dowiedziałem się o śmierci Kaczmarskiego, ale ten smutek wynikał z faktu, że twórczość Kaczmarskiego naprawdę uwielbiałem (jeśli kiedykolwiek znałem się na muzyce, to tylko na jego muzyce) i ciągle gdzieś, w głębi duszy, miałem nadzieję na jego do tej twórczości powrót. Mój smutek po śmierci Kaczmarskiego (z zachowaniem proporcji – w końcu człowieka osobiście nie znałem) miał więc charakter bliski prawdziwej żałobie: stanąłem oto twarzą w twarz z doświadczeniem pustki i egzystencjalnym lękiem, że ta pustka stanie się też moim udziałem.
O tej pustce nie myślałem, kiedy „zabrakło” Michaela, głównie dlatego, że… wcale go nie zabrakło. Piosenkarz od wielu lat nie zrobił dokładnie nic, oprócz kilku spektakularnych aresztowań (których też był raczej przedmiotem, niż podmiotem) i jakichś zupełnych drobiazgów. Zapowiedziane 50 koncertów, obdarzonych szumnym mianem „wielkiego come-backu” przez cwanych marketingowców, miało cechy raczej „trasy Michaela Jacksona w nowym składzie”, niż jakiegokolwiek wzbogacania rzeczywistości muzycznej.
Informacja o śmierci Jacksona zszokowała mnie zatem w zupełnie innym sensie: oto przeczytałem w nagłówku prasowym o „śmierci Michaela Jacksona”, chociaż, jako żywo już od wielu lat widząc go na migawkach telewizyjnych myślałem o jego fizycznym rozpadnięciu się. Ponury żniwiarz, który ekspediowałby się po króla popu, miał w mojej wyobraźni fordowską twarz łowcy androidów. Tymczasem informacja o cardiac arrest oznacza, że jakiś prawdziwie ludzki podzespół obracał w piersiach jego ciemną gwiazdę. I to było dla mnie duże zdziwienie.
Zatrzymanie akcji królewskiego serca pozostawiło tysiące nastolatek (w różnym wieku) mniej lub bardziej zrozpaczonymi, a koleżankę wprawiło w stan zdziwienia: „jacy oni głupi, ci Amerykanie! Po Jacksonie płakać!” Jasne, że nie mądrzy – mądry Amerykanin to jakiś totalny zgrzyt, dysonans poznawczy, zburzenie dekorum. Dlatego warto było oglądać w piątkowy poranek Pierwszą Polską Tel-avizję Informacyjną, gdzie często przypominali wyrywki z lądowania w Warszawie podczas pielgrzymki króla popu do Polski. Skojarzenie z pielgrzymką, za które już przepraszam, narzucało się doprawdy samo mimo takiej różnicy, że papieża chyba nigdy nie witano w… kontuszach! Trudno mi było w tej sytuacji orzec, kto głupszy; dla Amerykanów jednak Michael Jackson był prawdziwym symptomem ich prawdziwej kultury, czy co-tam-oni-mają w to miejsce [ironia!]. Jeśli wypuszczenie dziecka w kontuszu na płytę lotniska WAW miało być próbą gadamerowskiego stopienia horyzontów, albo jeszcze lepiej – udowodnienia, że w całej jacksonomanii nasz własny, prasłowiański akcent ma swoje miejsce, to ja już wolę wsuwać hamburgery i pić coca-cola…
Na koniec: nie robię do tej notki researchu, ale w przelocie usłyszałem, że już szuka się winnych wstrzyknięcia królowi Pavulonu. Jeszcze chwila, i będzie trzeba przekupować strażników, by mówili „słudzy jego wykradli jego ciało, kiedyśmy spali”, bo inaczej rozejdzie się ta pogłoska między Żydami i trwać będzie do dnia dzisiejszego…
Jak to miało miejsce z Elvisem, królem poprzedniego muzycznego ustroju.
ps. Jeśli Królem #1 był Elvis, Królem #2 – Jackson, to kto będzie kolejnym? Eminem?
pps. Wszystko to nie zmienia faktu, że o ile znam się na muzyce, Michael Jackson był naprawdę wielkiego formatu artystą scenicznym (no, wielkiego jak na XX wiek) i zasługuje na własny rozdział w dziejach kultury. Ruszał się na scenie dość fenomenalnie, jakby się naprawdę nie bał, że mu kiedyś głowa odpadnie.
gmail.com 
czw | 16 lip 09 | 20:42
„ps. Jeśli Królem #1 był Elvis, Królem #2 ? Jackson, to kto będzie kolejnym? Eminem?”
Jackson ożenił się z córką Króla Elvisa. Najzwyklejsze dziedziczenie tronu. Ten kto ożeni się z córką Jacksona będzie następnym.
pt | 17 lip 09 | 09:50
Sugerujesz, że unia rock’n'rolla z popem była unią personalną? Córka Jacksona będzie niestety prawdopodobnie najbardziej popieprzoną osobą w historii. Ponoć Habsburgowie potrzebowali kilkunastu pokoleń, żeby się tak zdegenerować. Współczesne amerykańskie monarchie mają to od ręki.
pt | 17 lip 09 | 23:21
Myślę, że za jakieś pięć lat mała Paris Jackson będzie już odnoszącym sukcesy połyskującym produktem show biznesu. Za jakieś półtora roku ktoś „odkryje” jej wielki talent wokalny, w wieku nastu lat podpisze pierwszy kontrakt z sony bmi.
Oczywiście w międzyczasie udzieli wielu wywiadów, weźmie udział w jakimś reality show pod znaną już nazwą The Jacksons. Będzie jedyną córką króla Popu, który nawet pomimo ujawnienia badań toksykologicznych nadal będzie widziany jako ten, który zmarł tajemniczą śmiercią.
Aż znajdzie się jakiś wokalista, który pozna młodą Paris Jackson na wręczeniu nagród MTV albo innych Grammy – jakiś Eminemoid lub inny picuś glancuś i stanie się najczęściej fotografowanym chłopcem na świecie.
A jak będzie dobry niczym Król Teść – zostanie następnym Królem- Czegośtam. Podejrzewam, że za kilka lat będzie to gatunek ElektroTechnoFunkyPopu.
pt | 24 lip 09 | 09:27
Nie jestem taki pewien. Produkuje się „gwiazdki popu” od zera, a Paris Jackson nie startuje jako zero, tylko jako potencjalnie najbardziej popieprzona dziewczynka w historii. Jeśli Jackson wyniósł z domu całą swoją neurozę i psychiatryczne momentami schorzenia, pomyśl o jego dzieciach.
A co do tego, czego królem będzie się za kilka lat – teraz jest chyba epoka hip-hopu, nie? Nawet w radiach o profilu jazzowym go puszczają. A Techno jest niemodne już chyba dekadę…