niedziela
Google schodzi na psy
Nietrzeciomajowe (a i niepierwszo-) przemyślenie pod wpływem poszukiwań, jakie w długi weekend zapuściłem w google’u. Niewinnie postanowiłem byłem sprawić sobie nowy aparat, ale nie będąc pewnym co do wyboru, zapragnąłem zasięgnąć języka na sieci. Wszyscy wiemy, jakiej strony używa się w takich wypadkach: tej, która łamie prawa człowieka w Chinach (argument nietrafiony, jeśli o mnie chodzi) oraz tej samej, która pragnie wprowadzić w sieci komunizm własności intelektualnej (tak słyszałem). Co już brzmi znacznie bardziej niepokojąco. A ponieważ perspektywa zdigitalizowania wszystkich książek świata trochę jeży mi włos na plecach (fuj!), kibicuję upadkom googli nie przestając korzystać z ich dobrodziejstw zgodnie z zasadą odwiecznej równowagi przyrody (i ostentacyjnej nadobojętności wobec praw człowieka w Chinach). Przeważnie przez upadki informatycznego giganta rozumiem jednak te spektakularne: wtopili forsę w jakiś nierentowny projekt, opracowali telefon, który przegrywa nawet z ajfonem – dandysem z leprozorium, albo zmuszeni byli odstąpić od planu zeskanowania całej biblioteki senackiej USA. Tym razem jednak doszedłem do smutnych wniosków o strukturalnym kryzysie flagowego i kluczowego produktu Google – google’a.
Pamiętacie sieć sprzed dziesięciu lat? Dziwna rzecz, ale ja ją pamiętam. Posiadłem wtedy pierwszy stały dostęp do internetu, sprzedawany przez TePsy SA (jak mawiał kolega) pod nazwą handlową… Stały Dostęp do Internetu (SDI). Zawrotne 115 kbps, największy chyba dostępny wówczas transfer (symetryczny!), dwukrotna wartość maksymalnego transferu modemowego. Uczyliśmy się HTML z kursu Pawła Wimmera, bo nie było WordPressa ani Joomli, które zrobiłyby to za nas. Gadu-gadu było osiągnięciem, chociaż nie było statusów opisowych ani opcji „tylko dla znajomych”, bez których trudno się dziś żyje. Rytm internetowej egzystencji wyznaczała walka z użytkownikami Internet Explorera (w 2000 roku wciąż 95% polskich internautów), prowadzona przez oświeconych posiadaczy… Opery (podobnie jak wtedy, nadal ma 1% użytkowników i nie zarobiła nic na przegranej MSIE). Tworzyło się strony „na ramkach”, a na stronę pakowało cokolwiek bądź. Czyli w sumie tak, jak teraz, tylko teraz stron przyrosło.
Co w tym czasie robił google? Ano zaczął: graficzne logo, pole tekstowe, dwa guziki: od szukania i od czucia się szczęśliwcem (i’m feeling lucky – kto go dziś używa?). I nowatorski algorytm wyszukiwania, który zjednał mu serca użyszkodników. Bił się w tym czasie z innymi, m.in. z alltheweb.com, która teraz, po latach, wygląda pięknie jak wyspa dziewicza. Dookoła powstawały i upadały Napstery, a Google rozwijał swoją misję: katalogować zasoby świata i czynić je dostępnymi dla wszystkich. Z czasem wchłaniał coraz więcej, ale sama wyszukiwarka nigdy nie pozwoliła użytkownikom zatęsknić za jakąś „poprzednią wersją” – przynajmniej wersją layoutu (nasza-klasa ma się od kogo uczyć).
Bo siłą google’a u jego zarania był jego algorytm, który się po prostu sprawdzał: wpisujesz hasło wyszukiwania i dostajesz setki stron wyników, które można przejrzeć i coś znaleźć. I to właśnie zrobiłem: wklikałem w pasek wyszukiwania „mamiya c330″ i kliknąłem przycisk „Szukaj w Google”. I właśnie taki „miękki”, niespektakularny upadek google’a ukazał się moim oczom (co, nawiasem mówiąc, dotarło do mnie godzinę później, na spacerze).
Otóż ze wszystkiego, co czytałem (a czytałem niewiele i dużo tu własnego wnioskowania) wynika, że przez ostatnie kilka lat google „przyznawał priorytet” pewnym stronom w wynikach wyszukiwania. Oczywiście to jest właśnie PageRank – najsilniejsza strona wyszukiwarki. Projektanci narzędzia doszli do wniosku, że najlepsze wyniki wyszukiwania to takie, do których odnosi się dużo linków zawierających szukaną frazę. Pierwszą ofiarą tego stanu rzeczy – w zasadzie niegroźną – było zaspamowanie (tak się przynajmniej wtedy to nazywało) wyszukiwarki Millerem. Chodziło o to, by jak najwięcej osób na stronach, do których mają dostęp linkowało prywatną stronę Millera hasłem „dupa„, dzięki czemu po wpisaniu „dupa” w google’u na pierwszym miejscu wyskakiwał… Miller. Może nie chodziło o dupę i o Millera, ale jakąś część ciała i jakiegoś polityka – na pewno.
Później okazało się, że są i inne priorytety. Jeszcze w zeszłym roku handlowiec Panoramy Firm zapewniał mnie, że wizytówka na ich żółtych stronach www to dobra inwestycja, bo google wysoko ceni wyszukiwania według wewnętrznych słów kluczowych Panoramy Firm. Czyli wysyła zapytanie do cudzej bazy danych tylko po to, żeby wyświetlić – wysoko – rezultaty z tego cudzego serwera. Wszystko to psu na budę, bo z Panoramy Firm trafień nie ma – google od tego ma swoje AdWords, reklamy, które wyświetli na pierwszym miejscu, jeśli klient dobrze zapłaci, a ty szukasz odpowiednich rzeczy. A do tego – jeśli dało radę z dupą i Millerem, to już znajdą się spece, którzy zrobią to samo ze stroną twojej firmy (bez dupy, jeśli dobrze zapłacisz) i nawet ta branża ma swoją osobną nazwę – SEO, czyli search engine optimization. A do tego jeszcze ulubiona wyszukiwarka Polaków (i nie tylko) padła ofiarą schematyzacji Internetu, olbrzymiego od 10 lat przyrostu ilości informacji i lokalizacji wersji językowych i „kontentowych”.
Zaraz się zapowietrzę, a chciałbym przed początkiem czerwca przejść do tzw. adremu. Otóż wpisałem sobie w google’a „mamiya C330…
Nie, jeszcze to muszę opisać: kiedyś kiedyś, kiedy naprawdę mnie to obchodziło, czytałem grupę usenetową pl.comp.www, gdzie lansowali się deweloperzy stron internetowych. Ogłosił się tam otóż jakiś pan, który proponował autorom www (takim, jak osiemnastoletni ja) powołanie… organizacji zbiorowego zarządzania prawami autorskimi! Jego logika była taka: skoro providerzy łącz internetowych biorą pieniądze za udostępnianie Internetu, a Internet to potęga tworzonych przez każdego stron WWW, to w zasadzie tym twórcom należą się tantiemy za to, że współtworzą towar, za dostęp do którego ktoś komuś płaci. Polemika z tym to na szczęście oddzielny temat i na taką dygresję mnie nie nabierzecie – chodzi tylko o to, żeby wrócić myślą do czasu, kiedy naprawdę MY (trochę na wyrost, ale jednak to napiszę) tworzyliśmy internet. To z tego czasu pochodzą ramkowe, albo jeszcze przedramkowe, strony użytkowników takiego-to-a-takiego aparatu, samochodu, bywalców jakiegoś miejsca, nerdów przelutowujących styki na układach scalonych, gitarzystów, dzielących się tabulaturami Metalliki. I tak to zapamiętałem…
…właśnie, zapamiętałem. Bo kiedy dzisiaj wpisałem w google’a „mamiya C330″ (leciwy wszak aparat, produkowany do chyba 1994 roku), pierwsze 100 wyników podzieliły między siebie: Ceneo.pl (porównywarka cen – sama się pewnie pozycjonuje), Skąpiec – jak wyżej, Allegro (ich archiwum aukcji to pewnie z połowa polskiego Internetu), jakiś jeden samotny artykulik na poczytnym portalu o fotografii (po prawdzie niezbyt na temat) i nawet mi się nie chce myśleć, co jeszcze. Swoje miejsce dostała oczywiście Wikipedia – właśnie taka córa nepotyzmu internetowych komunistów, ale – co znamienne – zostałem przeniesiony na stronę polskiej Wikipedii, gdzie artykuł miał trzy zdania. Żeby dostać się na wersję angielską, musiałem ręcznie w pasku adresu podmienić „pl” na „en”. Pierwszy prawdziwy review aparatu, taki, jak za dawnych dobrych czasów – znalazł się chyba na piątej stronie. Pięć lat temu w ogóle nie musiałbym tam docierać.
Oczywiście, szukałem aparatu i wpisałem nazwę modelu. To jest dobry kontrargument. Ale z drugiej strony: wskażcie mi słowo, które nie było użyte w stu aukcjach Allegro. Od dłuższego czasu w google’u nie da się szybko znaleźć niczego, co nie byłoby oczywiste: artykułu z portalu o milionie odwiedzin, aukcji z Allegro itp. I jak to ma się do opowieści, że Internet to potęga decentralizacji zarówno na płaszczyźnie technologii, jak i tworzenia treści? Zawsze myślałem, że to fundament idei i misji google’a – ale rewolucja chyba jak zwykle pożarła własne dzieci.
gmail.com 
pon | 04 maj 09 | 15:38
Fajny tekst wspominkowy, też pamiętam ten internet =). Z wyszukiwarek to kiedyś był jeszcze hotbot, altavista, i jakieś tam inne zaginione w pomroce dziejów. Była też przeglądarka Netscape (później Mozilla), której posiadacze napierdalali się zarówno z exploderów, jak i opery – i mieli, jak wyszło, rację.
Z wyszukiwaniem w ogóle jest zabawnie – kiedyś w kafejce internetowej bodaj w Starej Piwnicznej siedziałem koło zawodnika, który w ekranie wyszukiwania yahoo wpisał słowo… „google”.
Inna rzecz, że wikipedia bodaj zawsze przerzuca automatycznie – ale w pasku z boku jest możliwość bezpośredniego dojścia do tych samych artykułów w innych językach, co bywa nieocenione, gdy ktoś się chce np. dowiedzieć, jak, do ciężkiej cholery, brzmi pełna polska nazwa jakiegoś zakonu rycerskiego.
śr | 06 maj 09 | 20:17
śmiesznie. zupełnie inne wyniki mam :D
śr | 06 maj 09 | 20:20
jako pierwsze – forum fotograficzne Korex
druga – angielska wikipedia (otwierająca się jako angielska wikipedia)
potem „Mamiya C330 Reviews – PhotographyReview.com is the leading resource of quality consumer-generated product reviews on the Internet.”
hm. innego googla mamy? :D
wt | 12 maj 09 | 15:42
A ty co? W dziennikarstwo śledcze się na moim blogassku bawisz? :)
wt | 12 maj 09 | 23:58
A tak serio:
1. Masz ustawiony region USA albo jakiś inny
2. Jesteś z innej bajki
3. patrz punkt pierwszy
4. patrz punkt pierwszy.
Wpisuję „hiperfokalna” w okienko google’owe Firefoxa, które podpowiada kompletne frazy na podstawie historii wyszukiwań. W podpowiedziach po wpisaniu „hiperfo…” pojawia się: na pierwszym miejscu – „hiperfocal”, na drugim „hiperfokalna”, na trzecim i następnych – wariacje tych dwóch. To znaczy, że a/ na całym świecie są tylko dwa warianty tego słowa, międzynarodowy i polski, b/ google podpowiada mi tylko angielski i polski z jakiegoś powodu, zapewne takiego, żeby lepiej dopasować się do moich potrzeb. Jak oceniłby moje potrzeby, gdybym na przykład zapragnął dowiedzieć się czegoś o hiperfokalnej pośrodku wyprawy na Węgry?
Inny przykład, nie mniej autentyczny: ktoś, nie wiem, kto, ale Google Analytics mi o tym donosi, trafił na ten blog guglając frazę „fajne dupy prywatnie kraków”. Wyguglał wpis „papierosy są do dupy”, który nie zawiera ani słowa „prywatnie”, ani „fajne”, ale za to ma „prywatne” i „fajnie”. Nie przeszkadza mi, że wyszukiwarka odmienia po polsku lepiej, niż współcześni gimnazjaliści, ale jeśli pamiętam jeden wers z wiersza i chcę znaleźć cały tekst (kiedyś błogosławiłem googla za oferowanie tej możliwości), to w tej chwili jest to znacznie trudniejsze niż w googlu z czasów, które pamiętamy obaj z F.
śr | 13 maj 09 | 22:40
też pamiętam, panie, też pamiętam :D
wybieram bramkę numer 2 ;-)
pon | 01 cze 09 | 18:53
Pytanie co jest skutkiem, a co przyczyną. Na wypadek gdyby jakaś młodzież się tu napatoczyła, dziwne słowa z zamierzchłej przeszłości podaję w cudzysłowach. Do wyguglania.
Kiedyś, przynajmniej-100-lat-temu, gdy wchodziłem na „BBS” na przykład „Top Secretu” (gdy raz na kilka tygodni ojciec przytaszczył „modem” z pracy i gdy już udało się „z poziomu konsoli” z nim połączyć), miałem pewność, że treści tam dostępne tworzą dziennikarze i kilku co bardziej kumatych czytelników.
Potem powstały przeglądarki, ale w dalszym ciągu kontent tworzyli ludzie mający cokolwiek do powiedzenia. W końcu żeby napisać poprawnie „a href” trzeba się było nieco wysilić.
A potem przed klawiaturami posadzono milion szympansów i do boju ruszyła statystyka. Nie, milion szympansów nie stworzy Szekspira dzieł wszystkich. Stworzy za to uśredniony internetowy obraz globalnego czternastolatka. A ciocia Google wiernie to odzwierciedli.
Aha, niedawno w ramach eksperymentu w notce na mojej stronie dałem „cycki” zarówno w tytule notki, jak i w słowach kluczowych. Zastanawiające, że jeszcze ktokolwiek używa googla do szukania soft porno.
pt | 17 lip 09 | 19:54
Sam to zauważyłem. Google co gorsza stawia żur na większości skrótów – dla Googla EEPROM to jest to samo co EPROM, choć czasem wywali link z ROM – a to zupełnie inne pamięci, no i skrót DOS, regularnie zamieniany na DO, DAO itd. Pomijając już poszukiwanie pod tytułem „konwertor hutniczy”. Wyniki? konwertEr i to w sklepie internetowym.
pt | 04 gru 09 | 02:10
W koncu pierwsza osoba napisala ze gogole zeszlo na psy. Ja od okolo roku, nie moge w googlu nic znalezc, google poprzez walke z placeniem za linki zniszczylo wyszukiwarke.
Czas sie przesiasc na cos innego, np. bing.pl