czwartek
Wantedowani
Gdyby ktoś się przypadkiem chciał wybrać na „Wanted. Ściganych” (do czego absolutnie nie namawiam, uchowaj Boże), niech przynajmniej dotrwa do ostatniej sceny: sceny lustracji. „Mam kwity na siebie i na was wszystkich, więc jeśli komuś nie spieszno do samobójstwa, niech lepiej co prędzej załatwi tego gnojka [z IPN - przyp. red.] i h-h-hunwejbina”.
A nawiasem mówiąc, przyszedł mi w kontekście tego filmu i lustracji jeszcze jeden egzemplarz myśli do głowy: ci, których teraz nazywa się bohaterami ostatniej godziny, czyli ci, którzy (jak dotąd) nie musieli się tłumaczyć z kwitów, podkreślają, co było najważniejsze w kontaktach z SB. Najważniejsze – podkreślają – było nie mówić. „Bo jak się zacznie mówić, to zawsze się powie za dużo.” – tak powiedział bodajże Gwiazda w „Plusach dodatnich, plusach ujemnych”. Staram się zapamiętać to zdanie, bo jest w nim więcej nauki, niż w niejednym opasłym tomie – i to nauki na różne dziedziny życia.
A dziś przypomniało mi się ono w kontekście filmów. Weźmy np. taką „Mr & Mrs Smith”. Dlaczego film wspaniały był? Bo nie wieszczył. Nie było tam ani słowa fabuły, sama akcja, On, Ona i strzelanina. Mózg nie odczuwa żadnej potrzeby racjonalizowania biegu wypadków, bo żaden bieg wypadków nie następuje. Prawdziwy relaks przy uderzeniowej dawce strzelania. Zawieszenie niewiary działa właśnie dlatego, że niewiara w prawa fizyki jest wyjątkowo podatna na zawieszenie. „Wantedzi” to co innego – bawią się w metafizykę, brną i udowadniają tylko tyle, że… nie każdy może być „Matrixem”. Tak, jak nie każdy mógł „podjąć grę z bezpieką” tak, by nie wsypać przy okazji kolegów.
W skrócie: do kina warto przestać chodzić, bo łatwo przez to przegapić „Trzech kumpli” w TVN, który ostatnio ma problemy z lustracją. Ot, i dwa tematy za jednym zamachem.
gmail.com 