" />

z sufitu

Obawiam się adwokatów i ich echa – dziennika,
będącego tylko słowem,
którego brzmienie trwa dwadzieścia cztery godziny:
oto tyrani zagrażający nam dzisiaj.
- Astolphe de Coustine

29 maj 08
czwartek

Chłopski Bank w miasteczku L.

Napisał Przemysław Bociąga o tzw. społeczeństwie

Niezastąpiony Piotrek (jeden z) zwrócił mi ostatnio uwagę na żenująco niską aktywność bloga, a parę dni później, jak na poparcie tej tezy, okrasił swój salon24 nową not… ekhm, esejem. Pisze w nim o tym, że gdzie indziej jest do dupy, a to już prawie tak, jakby u nas było dobrze. Znalazł się tam ktoś, kto się dopisał, że to zaiste pocieszające i tak oto salonowcy rozeszli się na swoje kanapy w poczuciu zadowolenia, że tej „lepszej części Polaków”, która wyjechała na wyspy, plusy nie przesłaniają minusów – jak kazał stary dobry towarzysz Ochódzki.

Niestety, od czasów sławnego odkrycia ciągu Fibonacciego – na ile się na tym znam, czyli wcale – wiadomo, że kij nie ma dwóch końców, tylko jakąś ich liczbę dążącą do nieskończoności. Trzecim końcem tego kija jest niniejsza historyja (to był przerywnik poetycki, a teraz będzie jeszcze preludium muzyczne w wykonaniu zespołu Raz Dwa Trzy, z płyty To ja:)

zaś co się tyczy spotkania to cel
był taki: Chłopski Bank w miasteczku L.
bo żyły wypełnia złodziejska krew
a sejf się napycha forsą po brzeg

Nie wiem czemu dzisiaj przypomniała mi się historia, ale jej żywotność w moich wspomnieniach o czymś musi świadczyć. Jakiś (niedługi) czas temu miałem przyjemność – nie ironizuję – pracować z Chłopskim Bankiem w miasteczku L.; tak go nazwijmy, bo bankiem był na pewno, a chłopskim – być może. Współpraca przebiegała gładko, bo oddelegowana do niej delegatka była kompetentna, miła i należała do tego typu osób, które, gdyby im kazano robić komuś problemy, najpierw musiałyby iść na kurs albo chociaż poczytać o tym na wikipedii. Ale że praw fizyki pan nie zmienisz i nie bądź pan głąb – opór materii został odczuty.

Otóż kiedy w projekcie, który był projektem materiału do publikacji, doszło do momentu: „wyślę plik pdf do obejrzenia i poprawek”, usłyszałem w słuchawce głos, w którym rezygnacja musiała mieszać się z ironią: „To ja… na prywatny poproszę, bo u nas serwery w banku mają awarię…”. No i dobra, awarie serwerów się zdarzają, podobno nawet googlom, które prześladują mnichów w Tybecie. Rzecz miała miejsce w czwartek. W poniedziałek, po pracowitym weekendzie wypełnionym osobistymi spotkaniami, które i tak miałyby miejsce oraz telefonami (na komórkę) i mailami (na prywatny) pozostało już tylko przefaksować gotowy projekt w wersji, w jakiej idzie do druku. Po numer faksu wchodzę więc na stronę banku, a tam…

404. Po trzech dniach roboczych, pięciu kalendarzowych od wystąpienia awarii dalej numer faksu banku muszę poznać, dzwoniąc na komórkę do jego pracownika. Tymczasem w rozmowie pani mówi do mnie: „aha, nasz informatyk prosił, żeby pan mu przesłał zdjęcia w jotpegu albo w cmyku”.

Whoa.

Gdyby się znalazł ktoś, kto nie chwycił technicznej części: prosić o zdjęcia w jpg albo w CMYK, to jak prosić o mięso wieprzowe albo z grilla, ale naprawdę mniejsza o to. Bo większa o co innego – piąty dzień, kiedy serwery banku leżą i kwiczą, a bankowy informatyk zajmuje sie głównie chowaniem się pod biurko i udawaniem zapracowanego (moim kosztem w pewnym sensie, bo inne roszczenia miał bardziej wygórowane), żeby przypadkiem ktoś go z tą awaria nie skojarzył; to już drugi kryminał tej całej historii, który boli mnie nieco bardziej nawet, niż te cmyki i jotpegi. A trzeci kryminał jest taki, że mu się to udaje! Po pięciu dniach serwer leży, jak wygląda strona www pamięta pewnie tylko jej projektant, a informatyk banku kompletuje materiały promocyjne w postaci fotografii.

Kiedy przypomniała mi się ta historia, poparskaliśmy chwilę z A., po czym poszedłem na pocztę. Urząd pocztowy niedaleki, w środku ja sam po tej stronie okienek. Po drugiej: cztery dziunie gadają o koleżance, którą zaraz wyleją za lewe chorobowe. Chrząknąłem znacząco, czym zjednałem sobie zainteresowanie jednej z pań. Druga usiadła w okienku obok i roztrząsa dalej sytuację współurzędniczki. Na pocztę wchodzi pan, podchodzi do drugiego okienka i podejmuje próbę płacenia „za światło”.
- Obsłuży mnie pani?
- Nie. Ja dziś nie pracuję.

„Nie każda naiwność jest święta. I nie każda komedia jest boska” – zabrzmiało w mojej głowie w odruchu samokrytyki.

Podziel się ze światem:
  • Facebook
  • Print
  • Wykop
  • LinkedIn
  • Twitter
  • email
  • Google Bookmarks
  • MySpace
  • del.icio.us

Zapraszam do komentowania

Przy wklejaniu długich linków uprasza się o korzystanie z tiny.pl