piątek
Nowy, lepszy szajs: euroszajs
W dawnej dyskusji z R. wynikło, że moje pałacowe zdjęcie jest dobre na ilustrację, tylko nie wiadomo, jakiego tekstu. I chyba właśnie jeden przyszedł mi do głowy: różnica między starym a nowym szajsem. Otóż doszedłem do wniosku, że różnica między PRL-owskimi skrzynkami na listy w blokach, a tymi montowanymi obecnie, jest bardzo symptomatyczna dla tzw. polskiej transformacji.

Kto mieszkał w bloku, lub zna kogoś, kto mieszkał, pamięta stare skrzynki pocztowe: rzędy szarych, przeważnie powyginanych i obdrapanych drzwiczek, za którymi czaiła się zbyt niska, dość wąska i zdecydowanie za długa przegródka na korespondencję, nachylona do przodu pod kątem tak zdecydowanym, że gdyby nie drzwiczki (otwierane ku dołowi), zawartość leciałaby bez oporów prosto pod nogi adresata. To właśnie z taką skrytką użerał się ongiś Adaś Miałczyński, odbierając czułe pozdrowienia od zaprzyjaźnionego hipermarketu i pobliskiej pizzerii.
Moją skrzynkę wymienili w ciągu ostatniego półrocza, nie pamiętam kiedy. Wymienili na skrzynkę euro, czyli – jak rozumiem – skrzynkę zgodną z eurostandardami, powszechnie znanymi jako „standardy prostoty bananów” na pamiątkę jakiegośtam przepisu, którym ktoś kiedyś próbował skompromitować Sojuz Neruszymyj. Zmieniłem rzeczywistość na lepszą: w Skrzynce Ludowej kluczyk dostępu miałem tylko ja i mundurowy, do nowej list mi wrzucić może każdy. Prawda, że pachnie to odzyskaną wolnością? A że przy okazji nawet ja, z nie najmniejszą dłonią świata, mogę wyjąć list ze środka bez kluczyka i że bez zbliżania oka na dwa cale z latarką w ręku nie mogę ustalić, czy warto się w ogóle gimnastykować – to są właśnie te sławne koszty transformacji. I czemu nie mogę się oprzeć wrażeniu, że zamieniłem gówno na eurogówno?
gmail.com 
pon | 19 maj 08 | 03:39
Ależ nowe skrzynki są też ziszczeniem idei IV RP: teraz donos można kierować wszędzie, nawet do sąsiada – i to bez potrzeby kupowania znaczka, wszystko jedno u którego z operatorów…