sobota
Kerez się tłumaczy…
Christian Kerez, szwajcarski architekt, autor projektu Muzeum Sztuki Nowoczesnej na placu Defilad, ciągle się tłumaczy. Właściwie, ma taki zaszczyt, na jaki sobie zasłużył: w pośrodku kraju trzeciego świata chciał postawić wielkie pudełko od zapałek w drugiej edycji konkursu o tę złotą pietruszkę. Wygrał przetarg na tłumaczenie się z elewacji. Jak tłumaczyć architekturę pół-żywemu radnemu miasta?

Pierwsza edycja, przypomnijmy, skończyła się nim się zaczęła: ogłoszono konkurs na Ważne Centrum Kultury w urbanistycznym centrum Ważnej Stolicy Wolnego Świata (drugim największym europejskim placu budowy, jak reklamował miasto p. prezydent Piskorski nie dodając, że to w dużej mierze jego prywatna mieszkaniówka pod wynajem). Do konkursu – a jakże – nadesłali zgłoszenia wszyscy najwięksi architekci świata, których następnie… nie zakwalifikowano, bo w warunkach konkursu było wylegitymowanie się jakimś PIT-em czy CIT-em, którego w Japonii czy innych Indiach nie mają. I oto nawet (niezależnie od oceny dzieł wszak jeden z najbardziej uznanych) Liebeskind stał się zerem, bo PIT-a nie składał.
Rozpisano więc drugi konkurs, żeby dać fory tej biednej „reszcie świata”, która papierki urzędowe ogląda raz do roku, a nasz system podatkowy zna tylko z Brazil Terry’ego Gilliama i Procesu, żeby tej biednej reszcie świata dać szansę. I daliśmy – wygrał pan Christian z bajkowej krainy dziur w serze i scyzoryków, Somewhereville, EU.
Żal mi biednego człowieka, bo on chyba zupełnie nie jarzy, co jest grane. Trochę myślę o nim jak o takich biednych idiotach, którzy miewali odruch przyjeżdżać z Zachodu i opowiadać Polakom czy innym sowieckim ludkom o swoim poparciu dla budowania socjalistycznego ładu, nie to, co na zgniłym Zachodzie, gdzie tylko wolność słowa i Coca-Cola. Że oni biedni, prześladowani zamordyzmem kapitalistycznej Francji muszą uciekać się do obywatelskiego nieposłuszeństwa, a tu, na Wschodzie, to nawet na herbatkę do Stalina można. Ci sami pożyteczni później słali dary dla Solidarności, ale poziom zrozumienia spraw pozostał pewnie, chociaż z poparciem dla stron lepiej chyba trafili. I ten Kerez biedny dalej pozostanie z wyobrażeniem o Wschodzie, jako o krainie Tatarów, Huna Atylli i pani z okienka. A tymczasem jeszcze tłumaczy, co to jest elewacja i dlaczego budynek wygląda inaczej oblicowany piaskowcem, a inaczej klinkierem, a inaczej z betonu i że jednolita bryła nie musi oznaczać… czegoś, co tam sobie wymyślili jurorzy z niewiadomego powodu jako straszak na poddany im, warszawski ludek.
Przypomina mi się opowieść jednego urzędnika z wiadomego większości z Was urzędu gminy: Dzwoni do mnie urzędniczka z Jakiejśtam Izby Handlu i pyta: czy w waszej gminie dalej się nie lubi inwestycji? Dajcie spokój biednemu, małemu Kerezowi. Co sobie Wujaszek Zachód pomyśli?
gmail.com 