środa
Lwów, luty 2007
Moja, jeśli wyliczenia są dokładne, jedenasta wizyta w Raju Utraconym.
Na Wschodzie zmiany niewielkie: Moja dawna obserwacja, że najbardziej ugruntowaną tezą Lenina jest, że „w komunizmie kucharka powinna rządzić państwem”, dalej znajduje potwierdzenie w moim codziennym doświadczeniu. Ale ultrawylansowane (zgodnie z zasadą, że na Wschodzie bieguny są takie same, tylko większa pustka między nimi; tym dobitniej widać i nędzę, i przepych) sushi-bary przy Prospekcie Svobody (pol. Wały Hetmańskie) wymagają baczniejszej uwagi następnym razem. Chociaż pewnie snobizm wschodni jeszcze nie dorósł do serwowania pierogów w takich miejscach, a bez varenykiv we Lwowie trudno mi ostatnio żyć.
Potwierdza się moja wersja, że „jadaj tam, gdzie tubylcy” oznacza zawsze McDonalda. Na ukrainie ta franczyzowa demokracja serwowała właśnie włoskie menu z McCiabattą (z plasteliny, autentycznie), ale za to herbatę można wybrać spośród: czarnej, cytrynowej, mięty i greya. I co, czy to nie mówi o Ukrainie równie dobitnie, jak czeburiek i setka wódki z ulicznej budy?
I jeszcze zdanie o tym, kogo zaskoczyła zima: we Lwowie studenci i licealiści jeżdżą do szkoły na biegówkach.
A teraz foty.










gmail.com 
czw | 22 lut 07 | 11:47
Prawdziwy raj. Nie dość że warienki, herbaty wszelakie (tylko osełedec psuje statystykę ;) ), to jeszcze biegówki. Zazdroszczę… Przemku, co to za jasny kościół na ostatnim zdjęciu?
Pozdrawiam z mojego małego śląskiego raju,
Krzyś
P.S. Moda Ukrainek jak zawsze poraza… Zaraz pokażę Basi. A przy okazji – widziałeś te plakaty „Przeklinanie robi z ciebie Moskala” itp.? W dzisiejszej Rzepie piszą o tym.
czw | 22 lut 07 | 12:44
Plakatów nie widziałem, ale widziałem liczne tiszerty z napisami „Diakuju Tobi, Boże, szczo ja ne Moskal” albo z wizerunkiem Tarasu Szewczenki i cytatem zeń: „Kochajties’, cziornobriwi, ta ne z Moskalami”. Ale dzisiejszą Rzepę mam (dzień jak codzień), więc się przyjrzę.
Ten jasny kościół na ostatnim zdjęciu to wnętrze św. Elżbiety, arch. Teodor Talowski (Wiedeń – Kraków – Lwów), chyba około 1911, czyli dość późny. Z zewnątrz wyraźnie negotycki (http://tiny.pl/c75d), widoczny podczas pieszego spaceru z centrum w kierunku dworca, jak również podczas wyjeżdżania autobusem w kierunku Szegini/Medyki. Do środka udało się wejść, chociaż z zewnątrz wygląda na zabezpieczoną przed zrujnowaniem ruinę. A w środku – taka jasność.
czw | 01 mar 07 | 16:51
O „czarnobrewach” też czytałem, nie wiem czy nie w rzeczonej RZ. Ale swego czasu widziałem fajną koszulkę z „buźką” z osełedcem (nie o śledzia mi chodzi… ;) ) i napisaem „don’t worry – be Ukrainian”.
A kościół św Elżbiety kojarzę. Ja natomiast w czasie oststniego pobytu miałem okazję przechodzić koło kościoła św Piotra i Pawła (to już chyba na Łyczakowie). NIestety, za każdym razem trwało tam nabożeństwo, i nie chcieliśmy zaglądać.
Teraz mi się szykuje wyjazd z pracy – na Kamieniec i Chcoim, ale jeszcze nie wiem, czy partycypował w nim będę. Choć fajnie byłoby to znów zobaczyć.
Pozdrawiam serdecznie!
Krzys
P.S. Basia mi napisała, że ponoć na naszą „exhibition” zamiarujesz zdążyć. Bedzie nam bardzo miło, a może uda się i oprowadzić tak zacnego gościa.
nie | 23 gru 07 | 21:54
twoja teza co do jedzenie tam gdzie tybylcy w tym przypadku MC Donald nie jest prawda tubylcy sie tam stoluja w bardzo malych ilosciach widze ze nie znasz lwowa i malych knajpek w calym miescie a nie tylko kolo rynku!!
czw | 03 sty 08 | 21:05
Racja. Pisałem notkę na postawie wikipedii, zdjęcia pożyczyłem od kumpla, a główną tezą tekstu było „wszyscy Ukraińcy jadają w McDonaldzie”. Życzę dalszego błogiego samopoczucia.
pozdrawiam
autor