" />

z sufitu

Obawiam się adwokatów i ich echa – dziennika,
będącego tylko słowem,
którego brzmienie trwa dwadzieścia cztery godziny:
oto tyrani zagrażający nam dzisiaj.
- Astolphe de Coustine

08 sty 07
poniedziałek

Koronki, pudding i kostium

Napisał Przemysław Bociąga o kinie

Cóż by tu napisać o Marii Antoninie, żeby nie być banalnym? Skoro Dana Stevens słusznie już napisała, że to film o niczym prócz koronek i puddingu, że, zacytuję: Coppola goes an amazingly far way in nothing but setting a mood oraz że film jest oparty na biografii, która twierdzi, że Maria Antonina nigdy nikomu nie kazała jeść ciastek. Tylko jeśli cała postać pokazana jest tak, jakby to rzeczywiście było w jej stylu, to co to za różnica?

Zamiast tego koszmarnie nudna anegdota i wynikająca z niej refleksja o kinie.

c042r.jpg

W najnowszym numerze Pulsu recenzję Marie Antoinette zamieścił F. W ostatnim zdaniu napisał, że to świetny film historyczny. Ponieważ recenzję i tak trzeba było na kolumnie wydłużyć, bo się pedeef nie domykał, skorzystałem z tej okazji by, zostawiając słowo „doskonały” (czy jakieś podobne, nie chce mi się sprawdzać), zmienić „historyczny” na „kostiumowy”. Nie wiem, czy oficjalne filmoznawstwo ma jakąś definicję obu tych gatunków, ale moje prywatne ma.

Dygresja: jeśli miałby być na świecie tylko jeden film, do którego pasowałoby określenie „kostiumowy”, byłby to właśnie ten. To słowo pasuje do niego równie mocno, jak słowo „zapachowy” powinno pasować do dobrej ekranizacji Pachnidła (premiera za tydzień). Po dygresji. Spocznij, wolno palić.

W teorii sztuki, czy raczej w teorii historii sztuki (czy jest jakaś praktyka historii sztuki?) mówi się o czymś takim, jak „zasada costume„. W najprostszym skrócie chodzi o to, że przez przynajmniej kilkadziesiąt lat z zapałem malowano sceny, głównie biblijne i mitologiczne tak, jak teraz robi się szopkę noworoczną. Przysięga Horacjuszy czy inne foto-mazy Davida albo Bitwa Aleksandra pod Issos nie opowiadały wszak o cnotach rzymskich bohaterów ot tak, sobie a muzom. Przebieranie aktualnych problemów w ponadczasowe ciuchy miało zapewne na celu dodanie powagi tym pierwszym, ponadczasowość zaś, zostawiana sama sobie, musiała sobie jakoś poradzić ze zszarganiem.

Mój podział jest więc taki: filmy historyczne opowiadają o historii (Glory, Szeregowiec Ryan, co tam jeszcze), podczas, kiedy filmy kostiumowe opowiadają o współczesności. I trzeba przyznać, na tym polu Maria Antonina radzi sobie przyzwoicie. Problemy młodej małżonki, której mąż jest (eufemizm!) kiepski w łóżku, ale rodzice obojga nalegają na konsumpcję związku i potomstwo, przystojny oficer, eskapistyczne zapędy w alkohol i hazard, alienacja w świecie romantycznych marzeń i pismach tego debila Rousseau czy kochanka teścia, która jest głupią dziwką – przyznacie, że prócz kostiumu nie ma w tym nic historycznego.

Zatem prawdziwie historycznych filmów jest cholernie mało, bo wszak i Gladiator, i Braveheart… – wszystko to „kostiumówki”, jak z nonszalancją powiedziałby jeden taki.

Oczywiście najbardziej kostiumowym ze wszystkich znanych mi filmów jest serial Dr. Quinn. Nie wiem, czy go pamiętacie, ale kiedy odkurzyłem jego wspomnienie z dawnych czasów, wpadłem w zadumę, która nie przeszła mi do dzisiaj: jak w ogóle można było takie gówno wyprodukować. W tym serialu pani doktor – młoda i na sposób iście dwudziestowieczny wyemancypowana – przybywa do wioski na dzikim zachodzie…

czyli który jest rok? Wychodzi mi, że mógłby być to ok. 1880, ale wybitny badacz zagadnień pamięci, David Lowenthal pisze, że dla Amerykanów Dziki Zachód to coś, co skończyło się zawsze 50 lat temu. I że doczekamy czasów, kiedy będzie się mówiło o nim, że istniał jeszcze w 1980. Ale przepraszam – dygresja wyrwała się spod kontroli

…czyli ok. 1880 roku niczym bohaterka pozytywistycznych telenowelek, krzewić kaganek oświaty, czy cośtam.

przepraszam, nigdy już chyba nie wyjdę spod władzy dygresji. Tym razem tylko krótka scenka obyczajowa z domu mojej dziewczyny z czasów liceum, C.:
Matka C. (dwa fakultety humanistyczne, pięć języków, pół życia w szerokim świecie): Jaką lekturę teraz czytasz w szkole?
C.: Ferdydurke.
Matka C.: Ferdydurke? To ta, co pojechała na wieś dzieci uczyć?

…Doktór Quinn owszem, krzewiła ten kaganek zapalczywie, a to niszczyła rasizm, a to uświadamiała kobietom, co oznacza ten złowrogi krzyż, który naszywają mężom na białe kaptury w ramach prac koła gospodyń, a to to, a to tamto. Ale moim skromnym zdaniem trochę przegięli scenarzyści, kiedy doktór Quinn wykonała biednej Dorothy ze sklepiku (żonatej z czarnuchem, o ile pamiętam) operacji mastektomii i – nie dość na tym – zainteresowana wręcz zamówiła sobie „w mieście” silikonową protezę i odpowiednio uszyty stanik. No cudne to było, proszę mi uwierzyć.

Wtedy jeszcze, zanim w ogóle poznałem Giertycha poczułem na przykladzie amazonek, że poczucie historycznej tożsamości można przedawkować.

Podziel się ze światem:
  • Facebook
  • Print
  • Wykop
  • LinkedIn
  • Twitter
  • email
  • Google Bookmarks
  • MySpace
  • del.icio.us

2 komentarzy do wpisu 'Koronki, pudding i kostium'.

Subskrybuj komentarze do wpisu 'Koronki, pudding i kostium' przez RSS lub TrackBack .

  1. Martusia napisał
    pon | 08 sty 07 | 12:41

    Dorothy nie była zamężna, miała raka piersi i uciekła do Colorado Springs od męża pijaka i damskiego boksera :) Nie ominęłam ANI JEDNEGO odcinka Dr Quinn, ani moja mama, ani babcia :)
    Z murzynem żyła Grace – ta co prowadziła gospodę.
    Pamiętam jak dr Quinn sama stanęła naprzeciw Ku Klux Klanowi i zwyciężyła poparta przez Indian :)

    Ech.. to był serial :))))

  2. F. napisał
    wt | 09 sty 07 | 03:48

    Zdanie, o którym mówisz na początku, brzmiało >>”Maria Antonina” to świetnie zagrany i doskonale zrealizowany film historyczny, prawdziwa uczta dla oczu i uszu.


Zapraszam do komentowania

Przy wklejaniu długich linków uprasza się o korzystanie z tiny.pl