poniedziałek
Kasyno i kalkulacje
Każdy kolejny Bond jest nagłaśniany, ale ten był nagłaśniany inaczej: oto Bond Ambitny, Bond Inny Niż Wszystkie, Nowy, Lepszy Bond. W zestawie ambitna adaptacja plus prequel gratis. Jakoś tak się już składa, że co ktoś próbuje wynieść komiksowego bohatera do rangi człowieka z krwi i kości, tworzy pierwszą (w chronologicznym porządku fabuł, nie ekranizacji) część przygód. Batman Christophera Nolana udał się moim zdaniem wyśmienicie; do tej pory parskam w twarz tym, którzy twierdzą, że Sin City czy Immortal to najlepsza ekranizacja komiksu w dziejach kina. Wiem, wiem, Bond jest komiksowy tylko w sensie roli kulturowej, nie w sensie pochodzenia. Nie psujcie mi porównań.

Wszyscy twierdzą, że genialny. Osobiście mam w prasie dwa autorytety kinowe: Barbarę Hollender z Rzepy i jeszcze fajniej piszącą Danę Stevens ze Slate.com. Obie podpisały się pod marketingową linią producenta: Nowy Bond jest inny niż wszystkie, bo swojego bohatera traktuje poważnie, a nie jak uśmiechniętą, wygadżeconą kukiełkę do bzykania jednej dobrej pani i jednej złej pani, zabijania jednego złego pana albo dwóch i wygłaszania jedynych w swoim rodzaju żarcików słownych.
I, oczywiście, nowy Bond taki jest. Nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, że cała jego popularność jako takiego właśnie filmu wynika raczej z faktu, jak bardzo cenioną w kinie wartością jest modernizm. Istotą popularności Casino Royale jako Nowego Lepszego, zamiast po prostu jako świetnego filmu sensacyjnego, z niej właśnie wynika.
Modernizm jest samoświadomością: film jest świadomy, że jest filmem, w tym przypadku 21. w kolejności, pierwszym w porządku fabularnym, genezą sięga wczesnych lat 60. i ma setki kultowych konwencji, którymi można grać. No to gramy.
Daniel Craig jako Bond jest boski. Dana Stevens już o tym pisała, nie będę więc przebijał jej gorliwością w opisywaniu urody, muskulatury czy mimiki tego faceta. Craig mógłby być każdym Bondem, jakiego wymyśli sobie reżyser, ale udało mu się stworzyć agenta prawdziwego, z krwi i kości. Chwała mu za to. Reżyser Casino Royale udowodnił, że potrafi zrobić różne Bondy: jest twórcą przeciętnego, o ile go pamiętam, Goldeneye.
Nie kwestionując więc, że nowy Bond jest doskonałym filmem o agencie MI-6 stawiam pytanie innej nieco natury: czy warto było rezygnować z całej bondowskiej otoczki? Kiedy bohater w sławnej już scenie na pytanie, czy martini ma być wstrząśnięte, czy zmieszane, odpowiada Do I look like I give a damn?, wszystko jest jeszcze super. Ale dlaczego, na miłość Boską, nie nosi helikoptera w neseserze i trotylu w wykałaczkach?
Campbell poszedł, moim zdaniem, o krok za daleko. Stworzył świetny film, ale motyw Bonda trochę zmarnował. Czy było warto? Nie lepiej się było wyżyć artystycznie w filmie nie wpisanym w serię?
gmail.com 
pon | 27 lis 06 | 21:33
Od wczoraj dla mnie- naj naj naj najlepszą ekranizacją komiksu jest „V for Vendetta”- po prostu gały z orbit. A- i od wczoraj znam mój ideał mężczyzny.
wt | 28 lis 06 | 12:17
Muszę obejrzeć. Nie wiem, czemu go przeoczyłem. Ale walka o palmę pierwszeństwa będzie zażarta…
śr | 29 lis 06 | 02:54
Na lidze niezwykłych gentlemenów liczyłam rzędy siedzeń w kinie, na Skye Capitanie zasnęłam (byliśmy razem nawet) a „V” obejrzałam 3 razy w sobotę.
Wspaniale zagrał tam pan Weaving. Dobranoc :)
śr | 06 gru 06 | 16:22
Prawda. W klasie ekranizacji komiksów o biskupach molestujących seksualnie dorównuje Sin City, o ile nie przewyższa. Nie ta klasa, co Batman, zwłaszcza intelektualnie, ale patrzy się przyjemnie.