" />

z sufitu

Obawiam się adwokatów i ich echa – dziennika,
będącego tylko słowem,
którego brzmienie trwa dwadzieścia cztery godziny:
oto tyrani zagrażający nam dzisiaj.
- Astolphe de Coustine

14 wrz 06
czwartek

Postpatriotyczny oscypek

Napisał Przemysław Bociąga o tzw. społeczeństwie

Wczorajsza (środa) Rzepa dzieli się z nami tekstem Elżbiety Isakiewicz Pochwała patriotyzmu. Autorka, rozważając znaczenie tegoż we współczesnej Polsce, powołuje się między innymi na frazę Dmowskiego: Jestem Polakiem – a zatem mam obowiązki polskie. Problem polega na tym, że dzieło Dmowskiego nosi tytuł Myśli nowoczesnego Polaka – my zaś jesteśmy do bólu ponowocześni. Jako tacy wiemy zatem, że patriotyzm jest paradygmatem jak inne; nie istniał od zawsze i nie musi istnieć w nieskończoność.

W ten sposób zdobył u mnie punkty jakiś polityk (choć widocznie nie na długo, skoro nie pamiętam, który), w dyskusji przedakcesyjnej do UE. Wszyscy Jaśnie Oświeceni upierali się, że nasza unijność w niczym nie zagrozi patriotyzmowi i w ogóle będzie cacy – zwyczajnie bali się przyznać, że może być inaczej. Polityk ten zaś trzeźwo powiedział w radiu: oczywiście, że Unia zagrozi naszemu patriotyzmowi. Pytanie tylko, czy ten patriotyzm jest nam potrzebny.

Bo rzeczywiście: kiedy Norwid (również przywoływany przez panią Isakiewicz) pisał o ojczyźnie jako o zbiorowym obowiązku, rozumiał ojczyznę zupełnie inaczej niż Dmowski i zupełnie inaczej, niż my teraz. Jest to co prawda dość tandetny argument, który możnaby żartobliwie nazwać argumentum ex illo tempore: to były inne czasy – ale co ja poradzę, że nawet takie figury czasem są czymś ponad zwykłą erystykę?

Zresztą: patriotyzm zapewne istnieje od zawsze, zwłaszcza patriotyzm rozumiany tak szeroko, jak u p. Isakiewicz. Od wojny trojańskiej, poprzez oryginalne mity państwowotwórcze starożytnego Rzymu (te, które ilustrował na przykład David, nie te przejęte od Greków), retorykę wszelkich pierwszych demokracji Europy i dalej, aż poza nasze czasy. Tylko że zawsze był on elementem jakiejś szerszej postawy, nie tylko obywatelskiej. Patriotyzm jako przywiązanie do kultury jest punktem na osi, wiodącej od ego, rodziny i lokalności przez właśnie nacjonalizm po enkulturację i, w końcu – wartości tzw. „ogólnoludzkie”. Moja rodzina, potem moi ziomkowie, moi rodacy, później dopiero Europejczycy – aż w końcu łzy w oczach, kiedy przy dźwiękach motywu z Odysei kosmicznej podziwiamy widzianą z kosmosu, obracającą się, błękitną planetę, połyskujące w słońcu delfiny i cały ten ekologistyczny kicz.
Podobnie patriotyzm rozumiany jakos zestaw wartości jest po prostu pewnym podzespołem zachowań, które wchodzą w skład szerszego zespołu: trudno byłoby zakwestionować patriotyzm Adasia Miałczyńskiego z Dnia świra na podstawie tego, że przepycha się z kobietą w sklepie i wypróżnia się pod oknem sąsiadki, bo sąsiadka „sra mu pod oknem swoim psem”.

Dlatego trochę głupio broni patriotyzmu pani Isakiewicz, podając jako jego rzekome przykłady sytuacje, kiedy państwa unijne bronią przed Unią (mimo wszystko nadal konfederacją państw, a nie federacyjnym hiperpaństwem) swojej racji stanu. Ludzie potrzebują tego jak kania dżdżu: wielu zestawów postaw naraz, zaserwowanych tak, by się nie wykluczały. To nie jest wyłącznie kwestia braku podzielności uwagi, jeśli nie potrafię być jednocześnie patriotą, katolikiem, europejczykiem i, dajmy na to, członkiem kółka brydżowego. Z drugiej strony sprowadzanie tych systemów wartości do jednego, całościowego, musi skończyć się klęską; kiedy Rewolucja Francuska zrobiła z księży księży-patriotów, otrzymała w zamian coś jak w dowcipie: kobieta-informatyk jest jak świnka morska – ostatecznie ani świnka, ani morska. Zaprzysiężony na Konstytucję Cywilną Kleru zbiór ludzi nie składał się ani z księży, ani – chyba – z patriotów (zakładając, że patriota francuski to ten, co chce dla Francji dobrze, a nie zwolennik Rewolucji).

Dlatego też nie zgadzam się zupełnie z wyśmiewaniem, jak czyni to autorka tekstu, sytuacji podsumowanej następująco:

Nieźle musieli się pukać w Brukseli w głowę, gdy Polska – jako jedyny kraj – wchodziła do Unii Europejskiej bez listy własnych opatentowanych oryginalnych produktów, które są świadectwem regionalnej kultury i właśnie dlatego stanowią atrakcję dla pozostałych. Czy wymaga komentarza fakt, że to na żądanie Unii dopiero teraz taką listę przygotowujemy?

Ponieważ uważam, że wymaga, dodam: patriotyzm, o którym można w nieskończoność mówić, czym nie jest, aż dojdzie się do tego, że nie można zupełnie powiedzieć, czym jest, nie jest też listą oscypków, ciupag i zsiadłego mleka. I nie chodzi o to, że sami nie wiemy, co posiadamy, jak pisał poeta, że wydaje nam się, że kapusta to wynalazek radzieckiego biologa Kwaszona, a nie nasza swojska kapusta kwaszona. Chodzi o to, o czym pani Isakiewicz chyba doskonale wie, że kiedy Francuzi są na etapie katalogowania jako dziedzictwa swoich serów, a Niemcy – oktoberfest i jodłowania, my cały czas borykamy się z naszym dziedzictwem: kulami w potylicach katyńskich oficerów, zgliszczami wsi po przemarszach banderowców, naruszonymi paktami i brakiem wsparcia artyleryjskiego pod Lenino. Nie wiem, czy to dobrze, że przeżywamy to wszystko, zamiast zaklejać europejskie billboardy hasłami Enjoy oscypek – serve chilled, ale jakoś jestem w środku przekonany, że wyjące syreny pierwszego sierpnia 2006 rewanżują nam z nawiązką nasze problemy z patentowaniem kosodrzewiny i kaszubskich wyliczanek.

Do których zresztą ja – Polak, mam takie samo prawo, jak Ukraińcy, Czesi, czy mieszkańcy Bhutanu, czyli żadne.

Podziel się ze światem:
  • Facebook
  • Print
  • Wykop
  • LinkedIn
  • Twitter
  • email
  • Google Bookmarks
  • MySpace
  • del.icio.us

Jeden komentarz do wpisu 'Postpatriotyczny oscypek'.

Subskrybuj komentarze do wpisu 'Postpatriotyczny oscypek' przez RSS lub TrackBack .

  1. Ziat napisał
    czw | 14 wrz 06 | 12:59

    No proszę, dobry masz styl. Pozdrawiam serdecznie.


Zapraszam do komentowania

Przy wklejaniu długich linków uprasza się o korzystanie z tiny.pl