wtorek
Miami Vice Reality Show
Przywykło się mówić o reality shows źle albo wcale, zwłaszcza w tzw. dobrych domach. Przywykło się też mówić, że Spielberg, czy też ktoś niedługo przed nim, wprowadził do kina realizm ostateczny, takie w każdym razie wersje słyszałem. Tymczasem nie pierwszy już raz, przy okazji bardzo miłego filmu Miami Vice dostajemy obraz jeszcze o oczko „realistyczniejszy” (historyk sztuki by się wkurzył, bo realizmu się nie stopniuje, proszę pana!). Mam niewielkie doświadczenie z reality shows bo podobno, jak pisał Piotr Walkowicz, Antropolog albo nie ogląda telewizji i jest z tego dumny, albo ogląda telewizję i się tego nie wstydzi. Chętnie zapisałbym się do tej drugiej grupy antropologów, ale zwyczajnie nigdy nie mam czasu i/lub telewizora. Z tego jednak, co widziałem, charakterystyczna kamera dająca jakość godną monitoringu przemysłowego, która zrobiła karierę w mediach wychodząc od śledztw dziennikarskich poprzez telenowele dokumentalne i stylizacje na takowe (Detektywi na przykład), wygląda mniej więcej tak i robi niezłą karierę w kinie. Czy szanowni krytycy popkultury zgodzą się ze mhą, że jest to pewna korzyść płynąca z reality shows?
Aaa, zapomniałem, że krytycy popkultury rzadko widzą korzyści w amerykańskim kinie.
Miami Vice Michaela Manna polecam.
gmail.com 