" />

z sufitu

Obawiam się adwokatów i ich echa – dziennika,
będącego tylko słowem,
którego brzmienie trwa dwadzieścia cztery godziny:
oto tyrani zagrażający nam dzisiaj.
- Astolphe de Coustine

30 sie 06
środa

Overvrite (y/n)? __

Napisał Przemysław Bociąga o Autorytetach, o kinie

Ciekaw jestem, czy przeoczyłem moment, kiedy w polskim kinie przestało być beznadziejnie, czy właśnie stało się to na moich oczach. Palimpsest, zupełnie wtórny w skali światowej film (Powiększenie, Memento, ?), w skali krajowej jest nowatorstwem pozwalającym na optymizm.

palimpsest.jpg


Ostatnim razem dałem się nabrać na polski film (podchwyciłem tę frazę – ale tylko frazę – od Ziemkiewicza) zdaje się w okolicach Pana Tadeusza. Złożyło się na to kilka przykrych obserwacji, głównie – obserwacji polskich reżyserów w środowisku naturalnym.

Był to okres walki z „baronami kinematografii”, którą słusznie, ale bez większych efektów prowadził Film. Zacząłem baczniej obserwować miejsce akcji i wkrótce okazało się, że publicyści tego miesięcznika wcale nie przesadzają. Usłyszałem zatem cytat wajdy (wszystko z pamięci, sprzed lat, ale pamiętliwy na szczęście jestem) w związku z planami ekranizacji Zemsty, wywiad z Rzeczpospolitej: „zamierzam nakręcić film o współczesnych Polakach, o przywarach ich życia społecznego. Ja się pytam: kto mi lepiej napisze scenariusz, niż Fredro?” Podejrzanie pasowało to do zarzutu wobec Wajdy, że ma gdzieś młodych zdolnych i każe im radzić sobie samym. Zresztą ten sam Wajda (od pewnego czasu robiący filmy głównie o Żydach – Pana Tadeusza o Jankielu, Wyrok na Franciszka Kłosa o złym Polaku zabitym przez dobrych Polaków wskutek braku zgody na gruncie stosunku do Żydów) został jakoś bardzo w okolicach Zemsty twarzą promocyjną Platforymy O., kiedy się ta starała pokazać jako „inicjatywa oddolna”, że niby polityka? Co to to nie oni. Było śmiesznie, Wajdę pokazywali wszędzie, on opowiadał, że Platforma Ludzi Myślących i że nie ma alternatywy. No, pomyślałem – jeśli Artysta Reżyser mówi Polakom, że nie ma alternatywy… spakowałem się i tyle mnie Wajda widział, chociaż bardzo przeciwko polskiemu kinu jako takiemu nie byłem.

Później był facet, którego nazwiska nie powinno się w ogóle wymieniać. Zasugeruję jednak, że nazywał się tak samo, jak ten Jerzy Hoffman od genialnego Potopu, ale był, w przeciwieństwie do niego, autorem miernego (mało powiedziane chyba) Ogniem i mieczem, do tej pory kultowego wśród miłośników złośliwości na temat polskiego kina. Reżyser ten postanowił sobie, że zekranizuje całą listę lektur
i ogłosił plany sfilmowania Starej baśni. Po spektakularnej klapie poprzedniego filmu nie trzeba było być znawcą, żeby wykazać sceptycyzm wobec tego pomysłu. Dlatego też nawet niezbyt opiniotwórczy Magazyn abonentów Pewnej Sieci Komórkowej dostarczył mi odpowiedniego materiału, by zrazić się do gościa na zawsze:
- Czy aby na pewno po ekranizacji Ogniem i mieczem dobrym pomysłem jest kolejna lektura szkolna? (delikatne pytanie, być może „Panie, czyś pan ochujał?” wyleciało w redakcji? Ja bym się chyba nie potrafił powstrzymać).

- Wie pani, ja uważam, że po spektakularnym sukcesie mojego poprzedniego filmu publiczność zaufa mi ze względu na samą osobę reżysera.

Znowu: oddaję sens, nie treść słów, cytatów pod ręką nie mam. Czytałem to natomiast tyle razy, zanim zrozumiałem, że on to mówi serio, że chyba z czystym sumieniem mogę dopisać (sic!). Facet nie dość, że nie miał pojęcia co ludzie myślą o jego filmie, to jeszcze chyba nie zadał sobie trudu przeczytania choć jednej recenzji!

Kolejnym wielkim reżyserem jest Zanussi, o którym wszelakoż nie potrafię napisać wiele, gdyż usypiam na dźwięk jego nazwiska. Fajnie go kiedyś podsumował Tym (słaby autorytet, ale wyszło mu niejedno w życiu): Zanussi nakręci Lokomotywę. Chory na pleśniawki worka osierdziowego kolejarz (Zbigniew Zapasiewicz) wiezie pociągiem nerkę do przeszczepu dla umierającej na białaczkę i cośtam jeszcze siedmiolatki i dalej w tym tonie. Tiaaa, to jednak były fajnie czasy, kiedy Tym pisywał do Rzepy.

W tym samym mniej więcej czasie była jeszcze jedna próba, która zadecydowała, że w Polsce nie powstanie żaden kasowy film. Był to oczywiście Wiedźmin, którego producent został w końcu wsadzony do więzienia po pokazowym procesie (podobnie, jak w przypadku Ala Capone zarzuty były pretekstowe). Reżyserowi też coś powinni zrobić. Przynajmniej nie stał od tego czasu na czele żadnego projektu. Dobre i to.
A później była ustawa o kinematografii i Polskim Instytucie Filmowym. Ale o tym, moje dzieci… to już zupełnie inna historia – jak mawiała babcia w Było sobie życie.

Dodam jeszcze, że przez tę cholerną klikę nie poszedłem nigdy do kina na genialny Dzień świra. A było to dlatego, że reklamowali go „Inteligentna polska komedia!”, a ja zarówno polskich komedii, jak i filmów reklamowanych jako inteligentne, miałem podówczas mocno dość. Mój powrót do polskiego kina zaczął się jednak od Koterskiego, a także reżyserów, których nie znam oraz filmów, które nie ekranizują modnych książek. Stary nie jestem, może kiedyś doczekam czasów, kiedy będzie można iść na polski film z zaufaniem. Kiedyś też przyjdzie pewnie napisać drugi rozdział przyczyn upadku rodzimej kinematografii. Ale na dzisiaj dosyć, idę poszukać czegoś na uspokojenie.

Podziel się ze światem:
  • Facebook
  • Print
  • Wykop
  • LinkedIn
  • Twitter
  • email
  • Google Bookmarks
  • MySpace
  • del.icio.us

Zapraszam do komentowania

Przy wklejaniu długich linków uprasza się o korzystanie z tiny.pl