sobota
Teoria prywacyjna dobrej wiadomości
Sierpień to miesiąc świąt i obchodów, których przybywa wprost lawinowo. Pod maryjny i bogoojczyźniany za sprawą Prymasa Tysiąclecia okres podczepić się oczywiście musiały różne typy, skąd na przykład, w zeszłą sobotę czy niedzielę, obchodziliśmy (a w każdym razie media obchodziły) Międzynarodowy Dzień Leworęcznych. Nie chciało mi się szukać wypisu innych absurdalnych świąt, ale pewnie jeszcze by się tego znalazło.
Z leworęcznością jest oczywiście tak, jak z każdą inną „tolerancją” – ludzie lepiej sobie radzą bez niej i jedynym sposobem na zachowanie normalności życia jest mieć popyskiwania „tolerancyjnych” w poważaniu. Fakt, że, jak wyczytałem, wśród początkujących szermierzy jest 15% leworęcznych, a wśród mistrzów olimpijskich – 50% mówi sam za siebie i nie jest chyba wynikiem celebracji Dni Mańkutów (podobo bardzo nietolerancyjne słowo zresztą). Organizatorzy takowych, należy wnosić, nie osiągnęliby raczej podobnego sukcesu – to wymaga milczącej determinacji, a nie jazgotliwości. Zresztą, większość z nich i tak pewnie „kiedyś prawie była leworęczna, więc wie, jaki to ból” – podobnej retoryki mamy już po dziurki. Zamiast tego jeden z drugim pomysłodawca Kominternu Leworęcznych zapostulowałby:
- Ustanowienie parytetu mańkutów wśród mistrzów olimpijskich (słuszne z punktu widzenia logiki tolerancji. A że przy okazji mordercze dla idei sportu? No cóż…)
- Powołanie paraolimpiady dla mańkutów (bez której, jak widać, radzą sobie świetnie)
Tymczasem kiedy już będziemy mieli za sobą jasnogórskie pielgrzymki i obchody leworęczności, wybuchnie nowe święto: Dzień Dobrej Wiadomości. Obchodzony ósmego września, będzie już piątą edycją tego „święta”, powołanego z inicjatywy fundacji Intelektualistów „Salon 101″. O „Salonie” można przeczytać na stronach Recogito z 2001. roku, kiedy to akcja powstała. Sama fundacja wydaje się cudownie stereotypowa: nazywa się międzynarodową, choć portfolio jej działań nie wykracza chyba poza Pragę i Powiśle, rości sobie prawo do wytyczania szlaków kultury, a jej strony internetowe się nie ładują. No i jeszcze to: dostęp dla osób niepełnosprawnych? Nie. Tolerancja na cztery fajerki, tylko bez opcji „integracja”.
Sam Dzień Dobrej Wiadomości wychodzi do dziś z silnym, oczywiście, patronatem medialnym Dwójki (pamiętamy chrypienie Agaty Młynarskiej w niedzielnych „Animalsach”). Jego manifest, też nieco nieświeży, można przeczytać na stronach Rzeczpospolitej, zresztą pełen błędów, jakby redakcja potraktowała ich po macoszemu. Mój ulubiony fragment to ten:
Wystosowano apel do mediów o zainicjowanie artykułów, audycji, programów telewizyjnych, będących nośnikiem Dobrej Wiadomości. Pojawiły się wątpliwości i zarzuty. Dziennikarze zapytani, czy podjęliby się zrealizować program pod hasłem Dobra Wiadomość – odpowiedzieli szybko, dla nas bed news is a good news. Dobre wiadomości są nudne, nie atakują, nie mobilizują odbiorcy, zamazują prawdę.
Zaiste. Łóżkowa wiadomość, to dobra wiadomość, w przeciwieństwie do tej, że napisany z błędami i źle zredagowany tekst reprezentuje imprezę w internecie. Ale to tylko taka drobna złośliwość.
Znamienne natomiast, że pierwszy Dzień Dobrej Wiadomości odbył się ósmego września 2001., na trzy dni przed arabskim atakiem na WTC. Zastanawia mnie, na ile późniejsze pokrzykiwania, że „islam to religia miłości” i że „Ameryka jest sama sobie winna” są pokłosiem pokazywania takiej „jasnej strony życia”.
gmail.com 