" />

z sufitu

Obawiam się adwokatów i ich echa – dziennika,
będącego tylko słowem,
którego brzmienie trwa dwadzieścia cztery godziny:
oto tyrani zagrażający nam dzisiaj.
- Astolphe de Coustine

05 sie 06
sobota

Boni pastoris est…

Napisał Przemysław Bociąga o sztuce, w podróży

Krótka impresja z wyjazdu do Nowego Wiśnicza, który zafundowaliśmy sobie dzisiaj w ramach programu „Szaleństwo wolnej soboty”. Uwaga – sentencja:

Dobra przewodniczka nie tylko pokazuje, ale także daje pomacać.

Ja akurat nie macałem, bo dziewiętnastowieczne termofory mało mnie kręcą. Ale i bez macania impreza była udana, zrobiłem bowiem to, co zawsze chciałem: wszedłem do Obiektu z Przewodnikem.

Przewodnicy to śmieszna kasta, poznałem ją zresztą od środka, kiedy jako niepełnoletni szczyl zrobiłem papiery przewodnika po Warszawie. Zaznajomiłem się wtedy z paroma prostymi prawdami z cyklu „kultura w działaniu”.

Triki te obserwowałem dzisiaj, chociaż nie udało mi się, co przyznaję z żalem, zdobyć się na pokorę i podążanie za stadem turystów pod opieką nawet tak sympatycznej blondyneczki opowiadającej o „freskach iluzjonicznych”. Jednak kiedy przytemperowała już pani Kinga moje ambicje samobieżności (strasząc zamknięciem w zamku na noc, co było chyba raczej groźbą dla nich, niż dla mnie) i posłuchałem jej trochę, odnalazłem wszystkie reguły przewodnickiego stada.

Po pierwsze: ludzie mają fakty gdzieś, a prawda musi ustąpić sile opowieści (Hłasko). I tu pełna zgoda, wszak zwiedzanie Obiektu ma być raczej filmem przygodowym, niż dokumentalnym. Problem zaczyna się, kiedy prawda jest ciekawsza, niż fikcja i zwyczajne głupoty, a i tak ustępuje. Przykładem kule armatnie, jakoby przyklejające się do murów wskutek ostrzału z piętnastowiecznych bombard, a w rzeczywistości wmurowane na fali romantycznych rekonstrukcji w XIX wieku. To klasyczny syndrom filmów „luźno opartych na faktach”, które strasznie trzeszczą i skrzypią w tych poluzowaniach. Zabawnie brzmi w przypadku obiektu zwiedzanego przez dziesięć osób dziennie stwierdzenie, że „narracja przewodnicka kierowana jest do masowego odbiorcy”, ale niestety tak jest.

Po drugie: zdarte płyty przewodników, dla których duch nawiedzający komnaty zamkowe jest równie oczywisty, jak obecność, powiedzmy, klatki schodowej. Zaprawdę, powiadam, zmiana to koszmarna/Gdy się Jeanne d’Arc zmienia w żandarma – pisał bodajże Kern. Równie nieciekawie wygląda sprawa, kiedy Biała Dama staje się zajeżdżoną chabetą.

Po trzecie wreszcie i najśmieszniejsze, przewodnicy wprowadzają turystów w pułapki własnych klisz. Prócz historii o zamachach, truciznach i upiorach uwielbiają oni bowiem jeszcze jeden rodzaj sztuczek: te motywy z armatą, która wypala na widok dziewicy, kamiennych lwów które ryczą, gdy pogłaszcze je nieuczciwy człowiek – można by z łatwością napisać generator takich bajań.
Tymczasem w każdej grupie zwiedzających znajdzie się ktoś – gwiazda typu dowcipniś – kto da się podpuścić, uda, że to właśnie jemu się stało, lew zaryczał, armata wypaliła, co tam jeszcze… I wtedy grupa bucha gromkim śmiechem, bo oto to jest ten, który zdobył się na taki żart, sam go wymyślił, no proszę. Przewodnik ma na tę okazję rodzaj aprobującego półuśmiechu, który wszyscy odczytują jako „jemu też się podobało”, tudzież „na niej też zrobił wrażenie ten nasz grupowy jajcarz”. A prawda jest taka, moi mili, że przewodnik to słyszał już tyle razy w tym roku, ile grup oprowadzał. Szanowny panie po czterdziestce, który właśnie chowasz dłoń w rękaw i udajesz, że odgyzł ci ją potwór siedzący w wazie, który robi to niegrzecznym chłopcom – takich pajaców jak ty było tu dziś przed tobą tuzin, każdy jedyny i niepowtarzalny. Błagam, nie chcemy już tego słuchać. Przewodnicka umiejętność sterowania grupą, żeby robiła to, co chcemy, i myślała, co jej powiemy, staje się bronią obosieczną.

Znacznie rzadziej, wżdy jednak, mamy do czynienia z ludźmi którym przewodnickie sztuczki się przeżarły i to w obiektach, do których samobieżnych turystów się nie wpuszcza – i w ich imieniu pragnę tu złożyć jeszcze jeden postulat:
Jeśli, miła pani, chce nas pani karmić bajaniami o duchach w miejsce (a nie oprócz) nazwiska architekta, niech pani chociaż umie odpowiedzieć na pytanie, czy ten wiszący na ścianie plan z XVII wieku jest orientowany.

To znaczy – dodałem widząc zakłopotanie – czy północ jest na górze.

Podziel się ze światem:
  • Facebook
  • Print
  • Wykop
  • LinkedIn
  • Twitter
  • email
  • Google Bookmarks
  • MySpace
  • del.icio.us

Zapraszam do komentowania

Przy wklejaniu długich linków uprasza się o korzystanie z tiny.pl