" />

z sufitu

Obawiam się adwokatów i ich echa – dziennika,
będącego tylko słowem,
którego brzmienie trwa dwadzieścia cztery godziny:
oto tyrani zagrażający nam dzisiaj.
- Astolphe de Coustine

31 lip 06
poniedziałek

Słonecznik w życiu i sztuce

Napisał Przemysław Bociąga o tzw. społeczeństwie

Podobno w tym roku nie zanosi się na dobre słoneczniki. Nie ma powodu, by w to nie wierzyć – w tym roku urodzaj ma być pono tylko na dopłaty dla poszkodowanych suszą rolników. Słońce nie wybiera w sianiu spustoszeń, więc i rolnikom dogrzewa, i politykom. Bez chleba da się żyć – jak przekonuje znana z piosenki Queen ciastkarka Marie Antoinette, więc nieurodzaj na mąkę (a tym bardziej ziemniaki!) przejmuje mnie tak średnio. Ale słoneczniki? Dania jest więzieniem!

Zatem gdy dziś zobaczyłem względnie przyzwoite, mięsiste i puste tylko w jednej czwartej kwiatki najpiękniejszego z kwiatów warzywniaka, kupiłem natychmiast. Zwodzi trochę pięknym wyglądem, a do tego wyraźnie jest przemieszczony w czasie: słoneczniki zawsze były we wrześniu, który dla większości studentów oznacza późne wakacje, a dla mnie zazwyczaj przedwczesny początek roku akademickiego. A więc wykradziony wrześniowi przez upalny lipiec, niezbyt prawdziwy słonecznik. Ładniejszy, niż smaczny, wygląda jak swoja własna malarska reprezentacja, którą zamieszczam poniżej w kadrze wzbogaconym o dynamikę.

S??oneczniki

Słonecznik zawsze, jak widać na załączonym obrazku, konotuje dewiację. Jako piękny kwiat, podążający za słońcem, winien symbolizować modlitwę (co mistrz Kopaliński pomija, pozwalając sobie na lukę w Słowniku symboli między Skrzydłami a Słoniem). Tymczasem jest ordynarnie najbardziej obrzydliwą z przekąsek pod względem sposobu jedzenia. Co roku koło września zamieniałem się w niezbyt dobrego dzikiego, który przemierza miasto skubiąc i obśliniając łupiny słonecznikowych pestek, by zbierać je potem w kułak, wymymłane i wyzute ze swych skarbów, i opróżniać ów kułak przy każdym napotkanym koszu. Ćwiczyłem „kulturę spożycia” słonecznika, więc i tak jestem dobry w porównaniu do współgrażdan, ale „praw fizyki pan nie zmienisz i nie bądź pan głąb” – przecież nie będę jadł go nożem i widelcem w autobusie, tylko dla zapewnienia spoconym w pogoni za codziennością współgrażdanom miłych doznań estetycznych. Nie będę też nie jadł słonecznika, bo nie jestem dobrze wytresowanym owczarkiem w psiarni społeczeństwa i niech sobie pani profesor Douglas pisze, co chce.

Skubię zatem ten słonecznik i najmniej jak się da, wżdy zawszeć, ślinię łupiny malutkich pestek, a moje palce zachodzą czernią jak w Imieniu Róży i wszyscy potem, nawet kiedy już nie skubię, wiedzą, że jestem jednym z tych skubiących. I ci ze współgrażdan, którzy uważają się za elitę, bo porzucili słonecznika na rzecz estetyki współżycia ze społeczeństwem, patrzą na mnie ze wstrętem. I niech im będzie.

Na swoją obronę podaję dzieło pana van Gogha*, który namalował słoneczniki mało apetyczne, rozedrgane i wskazujące na pewną intelektualną i fizjologiczną niemoc (wszyscy impresjoniści i okolice mieli coś ze wzrokiem), słoneczniki również nieestetyczne. A do tego sam po śmierci doczekał się koło trzydziestki różnych diagnoz psychiatrycznych. Niech będzie więc, że jest coś vangoghicznego w moich wrześniowych napadach heliantholizmu (łac. helianthus – słonecznik): dewiant publicznie postponujący dobry, modlitewny PR słonecznika.

___________

* Przypomina się, że, parafrazując Eco z pamięci, „wymowa van Gogh przez dwa tylnojęzykowe, dźwięczne „h” jest polecana każdemu, kto chce poszczycić się zażyłością z artystą”. A zatem udajemy, że płuczemy gardło, i wtedy wymawiamy: van G(hrrrrrgulgulgul)ogh(hhhrrrrgulgulgul). Tak jest po niderlandzku, chociaż może Brabantczycy wymawiają zwyczajnie: van Choch, blisko flamandzkiego.

Podziel się ze światem:
  • Facebook
  • Print
  • Wykop
  • LinkedIn
  • Twitter
  • email
  • Google Bookmarks
  • MySpace
  • del.icio.us

Zapraszam do komentowania

Przy wklejaniu długich linków uprasza się o korzystanie z tiny.pl