środa
Z kroniki wypadków filmowych
Widziałem jeszcze nowych Piratów, ale o tym nie warto mówić. Psy szczekają, karawana jedzie dalej…
Podjąłem próbę obejrzenia dwóch filmów, zapożyczonych od śwagra. Jednym z nich był Tytus Andronikus z Hopkinsem, pani Julii Taymor co to jako teatralna reżyserka debiutowała niniejszym w kinie (grali to w Warsie kiedy byłem w liceum, nie w wagonach Warsu, tylko w kinie Wars. Teraz nie ma już ani liceum, ani kina Wars chyba, a Tytus został i ja też jakoś się trzymam), a drugi film to Markiz de Sade (a propos Wilmota, który był podobno nim w wydaniu angielskim) z Dankiem Auteilem w roli, a w reżyserii kogoś, komu lepiej darować personalia.
Tytus był strasznie narażony na moją niechęć, a de Sade w zasadzie skazany na sukces, bo trudno zepsuć film o nim. Okazało się, że jednak można – film o de Sade’dzie (jak to się niby odmienia!?) ma temperaturę emocji na poziomie Domowego Przedszkola i po piątym rozdziale wyłączyłem. W przeciwieństwie do niego Titus okazał się świetny. Grał va banque. Możliwe jest kilka nauczek:
- Anglosasi są fajniejsi od Francuzów (co jest dość oczywiste i nie wymaga aż oglądania francuskich filmów, by to wiedzieć)
- Jaki kraj, taki libertyn (vide post poniżej, o Rozpustniku)
- Lepiej ryzykować odrzucenie jako awangardzista, niż akceptację jako autor „telewizyjnych ekranizacji”
I pewnie wszystkie są godne wyciągnięcia.
gmail.com 