" />

z sufitu

Obawiam się adwokatów i ich echa – dziennika,
będącego tylko słowem,
którego brzmienie trwa dwadzieścia cztery godziny:
oto tyrani zagrażający nam dzisiaj.
- Astolphe de Coustine

26 lip 06
środa

Z kroniki wypadków filmowych

Napisał Przemysław Bociąga o kinie, o literaturze

Widziałem jeszcze nowych Piratów, ale o tym nie warto mówić. Psy szczekają, karawana jedzie dalej…

Podjąłem próbę obejrzenia dwóch filmów, zapożyczonych od śwagra. Jednym z nich był Tytus Andronikus z Hopkinsem, pani Julii Taymor co to jako teatralna reżyserka debiutowała niniejszym w kinie (grali to w Warsie kiedy byłem w liceum, nie w wagonach Warsu, tylko w kinie Wars. Teraz nie ma już ani liceum, ani kina Wars chyba, a Tytus został i ja też jakoś się trzymam), a drugi film to Markiz de Sade (a propos Wilmota, który był podobno nim w wydaniu angielskim) z Dankiem Auteilem w roli, a w reżyserii kogoś, komu lepiej darować personalia.

Tytus był strasznie narażony na moją niechęć, a de Sade w zasadzie skazany na sukces, bo trudno zepsuć film o nim. Okazało się, że jednak można – film o de Sade’dzie (jak to się niby odmienia!?) ma temperaturę emocji na poziomie Domowego Przedszkola i po piątym rozdziale wyłączyłem. W przeciwieństwie do niego Titus okazał się świetny. Grał va banque. Możliwe jest kilka nauczek:

  • Anglosasi są fajniejsi od Francuzów (co jest dość oczywiste i nie wymaga aż oglądania francuskich filmów, by to wiedzieć)
  • Jaki kraj, taki libertyn (vide post poniżej, o Rozpustniku)
  • Lepiej ryzykować odrzucenie jako awangardzista, niż akceptację jako autor „telewizyjnych ekranizacji”

I pewnie wszystkie są godne wyciągnięcia.

Podziel się ze światem:
  • Facebook
  • Print
  • Wykop
  • LinkedIn
  • Twitter
  • email
  • Google Bookmarks
  • MySpace
  • del.icio.us

Zapraszam do komentowania

Przy wklejaniu długich linków uprasza się o korzystanie z tiny.pl