środa
Glosy na kacu poobronnym
Się stało. Moja praca „Poleska mitologia. Świadomość historyczna i dziedzictwo mieszkańców wsi Polesia Wołyńskiego” (czy jakoś tak), wysłużyła mi tytuł licencjata, czyli, było nie było, zawodowego antropologa. Jako zawodowy antropolog mam wyższe kompetencje, prestiż naukowy i kaca. Niemoralnego. Korzystając z okacji chciałbym podziękować za wsparcie wszystkim, którzy byli ze mną w trudnych chwilach związanych z tym licencjatem, zwłaszcza wczoraj między trzecim piwem a zakończeniem oblewania.
Gdyby ktoś uznał mnie za wzorowego studenta i postanowił naśladować w pewnych sprawach naukowych, uznałby chyba, że przygotowania do obrony polegają na kilku rzeczach: mieć wypucowane buty, dużo chodzić do kina i grać w Cywilizację.
Była to zupełnie pierwsza moja obrona, więc nie wiem, co było typowe, a co nie. Ale chyba było śmiesznie.
Mój promotor siedział sobie znudzony w zielonym tiszercie, co przemiło kontrastowało z moją sztywną pozą pod nienagannie zawiązanym podwójnym windsorem oraz trzyczęściowym garniakiem, w którym czułem się jak pod szklarnią. Pani Profesor, przewodnicząca komisji, posprzeczała się z panią doktor recenzentką o opozycyjność kategorii mit/historia u Levi-Straussa. Niestety nie miałem zdania na ten temat, więc wycofałem się z dyskusji.
Pode drzwiami, gdzie „wśród dam zająłem miejsce” czekały na obronę dwie osoby, którym to samo, co mi, zajęło dwa lata mniej – ha ha ha :|. Ciekawe, jak im poszło. Nie poczekałem, żeby się dowiedzieć. Poszedłem na piwo. Jak się skończyło – już wiecie.
Ale, wszystko dobre, co się dobrze kończy – na przykład mój „przewód licencjacki” :)
gmail.com 