" />

z sufitu

Obawiam się adwokatów i ich echa – dziennika,
będącego tylko słowem,
którego brzmienie trwa dwadzieścia cztery godziny:
oto tyrani zagrażający nam dzisiaj.
- Astolphe de Coustine

09 lip 06
niedziela

Lato w mieście – cd.

Napisał Przemysław Bociąga o kinie, o literaturze

Udały mi się (w sensie wykonania ich :)) dwie wizyty w kinie: Iluzjon zaproponował Fahrenheit 451, zaś mój parafialny multipleks – Libertine’a.

Zapytany, co sądzę o tym drugim, odpowiedziałem, że nie wiem i tej wersji pozwolę sobie jeszcze chwilę się trzymać. Może muszę obejrzeć drugi raz, albo coś?

Fahrenheit 451 Francoisa Truffaut (1966) za to usatysfakcjonował mnie w pełni. Widziałem go, dodajmy, pierwszy raz, na porysowanej, iluzjonowej taśmie z najprawdziwszymi sygnałami do operatora, że czas przełączyć szpulę (In industry, we call it cigarette burns – jak mawiał Tyler Durden).

Fahrenheit 451


Nie uważam książki za dobrą. Pamiętam z dawnych czasów dobrego Bradbury’ego – Kroniki marsjańskie, Jakiś potwór tu nadchodzi – drukowany w odcinkach w Nowej Fantastyce. Jedno z ważniejszych dzieł pisarza było w tej skali zupełnie do niczego. Teza, której podporządkowano wszystko, strasznie prosta zresztą. Kończyła się książka sensownie, ale bez fajerwerku. Miejscami naprawdę przynudzała. To, co lubię w książkach i filmach o społeczeństwie przyszłości, to wizja społeczeństwa przyszłości. W tej perspektywie książka Bradburego – i film Truffauta – jest tylko brudem pod paznokciem Orwella. Książka, przez lepsze poukładanie wątków, wygrywa zresztą z filmem, ale bez szans na awans do pierwszej ligi. Film…

Cóż, film. Jest bajecznie kolorowy i całą nieścisłość swą podkreśla jaskrawą czerwienią, niczym nauczycielka błąd w dyktandzie. Ale jaki jest piękny! Gdyby aktorki były bardziej gołe, pomyślałbym, że to kolejny kicz-project LaChapelle’a.

To zabawne porównanie: oglądałem ostatnio, w dwóch (przepraszam Iluzjon za to porównanie), przedpotopowych kinach dwa archiwalne filmy o wolności słowa. Jeden – nakręcony w niedalekiej przeszłości, opowiadający o dziejach sprzed kilku dekad. Drugi – nakręcony kilka dekad temu, opowiadający o niedalekiej przyszłości. Duet Bradbury-Truffaut jest strasznie prosty: nie należy cenzurować książek, bez nich umierają więzi społeczne i takie tam. Good Night and Good Luck jest nieco bardziej jednak skomplikowanym filmem i dużo przyjemniejszym w odbiorze, dużo mniej naiwnym, że tak powiem. Czy to oznacza, że filmy są po prostu coraz lepsze? To by było fajne na swój sposób, prawda?

Porównanie jest dodatkowo o tyle fajne, że Good Night było pochwałą telewizji, traktując ją jako upust dla talentów wybitnych dziennikarzy, strażników społeczeństwa. 451 zaś stawia prostą tezę, że telewizja służy ogłupianiu. W książce napisane jest wyraźnie (jest o tym mój felieton na Terra Fantastica): książki to tylko medium, chodzi o treść. Chciałbym kiedyś zobaczyć takie opowiadanie, jeśli nie zdołam go napisać, oto mój pomysł na licencji GNU/GPL: w niedalekiej przyszłości stało się tak, że z literatury ocalała tylko ta straganowa, z cyklu „doskonała lektura pod prysznic”, zaś doskonałe nośniki typu płyta przechowują wspaniałe dzieła kinematografii dla wszystkich pragnących kontaktu z wysoką kulturą. Bawię się takim wyobrażeniem, które nieco ośmieszyłoby wszystkich książkowych fetyszystów.

Chciałbym zobaczyć współczesną, prawdziwą, porządną, obrzydliwie komercyjną ekranizację Fahrenheit 451: z wątkiem miłosnym, masą fajnych efektów demonstrujących prawdziwe działanie tej imersyjnej telewizji Bradbury’ego oraz sztabem designerów, którzy włożyli swoją pracę w prawdziwe mundury nazistowskich strażaków. Taki film, co by nim wzgardzili wszyscy miłośnicy Ambitnego Kina. To by było coś.

Podziel się ze światem:
  • Facebook
  • Print
  • Wykop
  • LinkedIn
  • Twitter
  • email
  • Google Bookmarks
  • MySpace
  • del.icio.us

2 komentarzy do wpisu 'Lato w mieście – cd.'.

Subskrybuj komentarze do wpisu 'Lato w mieście – cd.' przez RSS lub TrackBack .

  1. Flint napisał
    pon | 10 lip 06 | 12:32

    Dzidzia, a Equilibrium? Toz to dokładnie prawie to…

  2. pszemau napisał
    pon | 10 lip 06 | 15:04

    Prawie dokładnie co? Mój pomysł? Nie, on jest o czym innym: chodzi o to, żeby, jeśli ktoś jest fetyszystą książkowym, musiał kibicować czytelnikom harlequinów i patrzeć z pogardą na tych, co oglądają „Obywatela Kane’a” i nie czytają książek. W Equlibrum tej przewrotności nie było. Equilibrium było po prostu nieco spójniejsze co do fikcji socjologicznej.
    Jeśli zaś piszesz, że spełniało ono inny mój postulat: bycie 451 w wersji obrzydliwie amerykańsko widowiskowej, to też tylko poniekąd; interesują mnie w książce 451 smaczki typu imersyjna telewizja itepe :)


Zapraszam do komentowania

Przy wklejaniu długich linków uprasza się o korzystanie z tiny.pl