" />

z sufitu

Obawiam się adwokatów i ich echa – dziennika,
będącego tylko słowem,
którego brzmienie trwa dwadzieścia cztery godziny:
oto tyrani zagrażający nam dzisiaj.
- Astolphe de Coustine

31 lip 06
poniedziałek

Mleczko zamiast wódki

Napisał Przemysław Bociąga o tzw. społeczeństwie

Jest taki rysunek Mleczki, który podpatrzyłem kiedyś w krakowskiej Galerii Autorskiej. Przedstawia on, co następuje: rzeka, w dalekim planie ktoś skacze na bungee. W bliskim planie gumiaki moczy, ciągnąc winko, dwóch menelków. Jeden, starszy, mówi do drugiego: “Jak widzisz, Jasiu, można się dobrze bawić bez alkoholu, ale jest to bardzo niebezpieczne”.

Lato bez procent??w

(dalej…)

31 lip 06
poniedziałek

Słonecznik w życiu i sztuce

Napisał Przemysław Bociąga o tzw. społeczeństwie

Podobno w tym roku nie zanosi się na dobre słoneczniki. Nie ma powodu, by w to nie wierzyć – w tym roku urodzaj ma być pono tylko na dopłaty dla poszkodowanych suszą rolników. Słońce nie wybiera w sianiu spustoszeń, więc i rolnikom dogrzewa, i politykom. Bez chleba da się żyć – jak przekonuje znana z piosenki Queen ciastkarka Marie Antoinette, więc nieurodzaj na mąkę (a tym bardziej ziemniaki!) przejmuje mnie tak średnio. Ale słoneczniki? Dania jest więzieniem!

Zatem gdy dziś zobaczyłem względnie przyzwoite, mięsiste i puste tylko w jednej czwartej kwiatki najpiękniejszego z kwiatów warzywniaka, kupiłem natychmiast. Zwodzi trochę pięknym wyglądem, a do tego wyraźnie jest przemieszczony w czasie: słoneczniki zawsze były we wrześniu, który dla większości studentów oznacza późne wakacje, a dla mnie zazwyczaj przedwczesny początek roku akademickiego. A więc wykradziony wrześniowi przez upalny lipiec, niezbyt prawdziwy słonecznik. Ładniejszy, niż smaczny, wygląda jak swoja własna malarska reprezentacja, którą zamieszczam poniżej w kadrze wzbogaconym o dynamikę.

S??oneczniki

(dalej…)

26 lip 06
środa

Z kroniki wypadków filmowych

Napisał Przemysław Bociąga o kinie, o literaturze

Widziałem jeszcze nowych Piratów, ale o tym nie warto mówić. Psy szczekają, karawana jedzie dalej…

(dalej…)

25 lip 06
wtorek

Libertyn po angielsku

Napisał Przemysław Bociąga o kinie, o sztuce

Czas zmierzyć się z tematem Libertine‘a, przetłumaczonego na polski, dość brzydko chyba, jako rozpustnik*. Właściwie nie wiem, czemu nie podoba nam się ten tytuł, ale nie podoba nam się i już – gust jest kategorią społeczną i nie mnie stawać okoniem wobec tego nurtu.

Brudny, ziarnisty, piękny i wyważony, barwny ale monochromatyczny Libertyn już trzy razy przyciągnął mnie do kina i wypada chyba uznać, że więcej już z niego nie zrozumiem – albo strzelić sobie w łeb, że tyle rzeczy umyka mi nadal.

Wbrew nadziejom niektórych, jest to film w pierwszej kolejności o sztuce, a dopiero w drugiej albo trzeciej – o władzy. Zresztą pytania o naśladownictwo i rolę mimesis (tu kulminacyjny cytat – Jam naturą, a ty sztuką) zdają się adekwatne do epoki, w której rozgrywają się dzieje earla Rochester. Iście po amerykańsku namierzona postać do sportretowania: geniusz-dewiant, podważający (tu, jakoby, swoją seksualnością, choć to akurat zdaje mi się wątpliwe) podstawowe zasady życia społecznego, w końcu pokazuje swoje inne oblicze. Problem z nakreśleniem postaci polega chyba na tym, że jego perwersja osiąga apogeum w pierwszej scenie (-Did you like abduction?) i potem już tylko opada. Że opada, to akurat dobrze dla filmu – pieprzeniem też można przesłodzić. Ale ta pierwsza scena… pozostawia jakieś wrażenie, którego następnie trzeba się pozbywać. W porównaniu z tym nawrócenie grzesznika-rozpustnika (które pono rzeczywiście stało się udziałem Wilmota przed śmiercią) wypada dość blado, a sama jego mowa (której specjalnie przysłuchiwałem się trzy razy) jest może i mocnym akcentem filmu, ale nie pozostawia po sobie chyba wielkich przemyśleń.

Postać jako taka wydaje się mocniej dograna przez Deppa, któremu wystarczy dość porządny film, żeby pokazać pełnię kunsztu, niż napisana – chyba, że reżyserowi zależało na analizie psychologicznej alkoholika w XVII wieku. Przekonujący ale pusty portret sybaryty i lekkoducha, który dodatkowo wspierają talentami: ten pan, co to jest jak John Malkovich czy Rozamunda Pike (whoa! Ta laska jeszcze przed chwilą była do obejrzenia w Doomie i kto by się spodziewał, że jak się wkurzy na ekranie, to mam ochotę sam ją przebłagiwać? Co umie grać, to jej.) I jeszcze ta pani Samantha Norton, brzydka, ale utalentowana – jak mówił o niej sam Johnny Wilmot.

No i ta kamerka. Scena liryczna w parku św. Jakuba to mistrzostwo świata.

John Wilmot

__________

* Dodam, że chyba nigdy tłumaczenie filmu samego, nie tytułu, wzbudziło tyle mojego entuzjazmu. Nazwisko tłumacza, by go tu w miarę możliwości uhonorować, niestety nie zostało dostatecznie wyeksponowane.

19 lip 06
środa

Glosy na kacu poobronnym

Napisał Przemysław Bociąga o niczym

Się stało. Moja praca “Poleska mitologia. Świadomość historyczna i dziedzictwo mieszkańców wsi Polesia Wołyńskiego” (czy jakoś tak), wysłużyła mi tytuł licencjata, czyli, było nie było, zawodowego antropologa. Jako zawodowy antropolog mam wyższe kompetencje, prestiż naukowy i kaca. Niemoralnego. Korzystając z okacji chciałbym podziękować za wsparcie wszystkim, którzy byli ze mną w trudnych chwilach związanych z tym licencjatem, zwłaszcza wczoraj między trzecim piwem a zakończeniem oblewania.

Gdyby ktoś uznał mnie za wzorowego studenta i postanowił naśladować w pewnych sprawach naukowych, uznałby chyba, że przygotowania do obrony polegają na kilku rzeczach: mieć wypucowane buty, dużo chodzić do kina i grać w Cywilizację.
Była to zupełnie pierwsza moja obrona, więc nie wiem, co było typowe, a co nie. Ale chyba było śmiesznie.
Mój promotor siedział sobie znudzony w zielonym tiszercie, co przemiło kontrastowało z moją sztywną pozą pod nienagannie zawiązanym podwójnym windsorem oraz trzyczęściowym garniakiem, w którym czułem się jak pod szklarnią. Pani Profesor, przewodnicząca komisji, posprzeczała się z panią doktor recenzentką o opozycyjność kategorii mit/historia u Levi-Straussa. Niestety nie miałem zdania na ten temat, więc wycofałem się z dyskusji.
Pode drzwiami, gdzie “wśród dam zająłem miejsce” czekały na obronę dwie osoby, którym to samo, co mi, zajęło dwa lata mniej – ha ha ha :|. Ciekawe, jak im poszło. Nie poczekałem, żeby się dowiedzieć. Poszedłem na piwo. Jak się skończyło – już wiecie.

Ale, wszystko dobre, co się dobrze kończy – na przykład mój “przewód licencjacki” :)

13 lip 06
czwartek

De revolutionibus

Napisał Przemysław Bociąga Zdjęcia robię też

De revolutionibus

Wiedeń, Hofbibliothek, maj 2005

12 lip 06
środa

Arkanoid jako metafora przemijania

Napisał Przemysław Bociąga o niczym

Wczoraj w lesie rembertowskim znaleziono chłopaka. Miał dwadzieścia dwa lata. Dwa lata temu stracił prawo jazdy i dostał wyrok w zawiasach za jazdę po pijaku. Później, jakoś niedawno, spowodował wypadek jadąc z dziewczyną, może znów po pijaku, na pewno bez prawka. Zeznali na policji, że to auto skradziono kilka godzin wcześniej, a im samym nic się nie stało. Mimo tego musiał się najwyraźniej bać, że odwieszą mu wyrok. Dwa dni temu zadzwonił do szefa – jednego z moich sąsiadów, dla którego pracuje biuro mojej mamy, a zatem czasem i ja. Zadzwonił, żeby przeprosić za wszystko.

Oczywiście, sprawa jest prosta. Ktoś go w porę nie dostrzegł. Ktoś mu nie pomógł. Jakiś jołop nie pojął, że człowiek, który nagle dzwoni z przeprosinami “za wszystko”, może być o krok od czegoś takiego. Samobójcy chyba nie biorą się znikąd, musi być widać to zagrożenie w zarodku. Ale, czy ja bym się poznał?

Nieważne. Chłopak nie żyje. Z lęku przed karą, przed odpowiedzialnością. Nie znałem go. Podobno miał brata bliźniaka. W ogóle nie słyszałem o nim wcześniej i jego osoba nie jest mi nijak bliska.

No, kłamię – był raptem dwa lata młodszy ode mnie. Chłopak w moim wieku odebrał sobie życie z powodu, który w ostatecznym – tak ostatecznym – rozrachunku jest jednak okrutnie błahy. Nikogo nie zabił. Miał czas na przemyślenie, poprawę. Na wszystko, do cholery miał czas. Był w moim wieku, prawda? Życie miał przed sobą!

Nie wiem, czy to bardziej przez to, czy przez literackość całego wątku samobójstwa (telefon z przeprosinami, doprawdy wystudiowane – dying is an art, like everything else), ale poczułem się w jednej chwili, jakby ramię zbrojne rzeczywistości kopnęło mnie w samo podbrzusze ciężkim buciorem. A raczej tak z kolana, o cal powyżej spojenia łonowego.

(dalej…)

11 lip 06
wtorek

Metropolitan Bldg, W-wa, styczeń

Napisał Przemysław Bociąga Zdjęcia robię też

Metropolitan Building

Jak mawiają na plfoto: żałujcie, że nie widzicie w oryginale :)

09 lip 06
niedziela

Lato w mieście – cd.

Napisał Przemysław Bociąga o kinie, o literaturze

Udały mi się (w sensie wykonania ich :)) dwie wizyty w kinie: Iluzjon zaproponował Fahrenheit 451, zaś mój parafialny multipleks – Libertine’a.

Zapytany, co sądzę o tym drugim, odpowiedziałem, że nie wiem i tej wersji pozwolę sobie jeszcze chwilę się trzymać. Może muszę obejrzeć drugi raz, albo coś?

Fahrenheit 451 Francoisa Truffaut (1966) za to usatysfakcjonował mnie w pełni. Widziałem go, dodajmy, pierwszy raz, na porysowanej, iluzjonowej taśmie z najprawdziwszymi sygnałami do operatora, że czas przełączyć szpulę (In industry, we call it cigarette burns – jak mawiał Tyler Durden).

Fahrenheit 451

(dalej…)

08 lip 06
sobota

Tragiczny bilans wizyt kinowych

Napisał Przemysław Bociąga o kinie

Z filmów, które do tej pory grają w Warszy:

  • Posejdon – nie, głupi w sposób banalny.
  • Tristan i Izolda – po trzykroć nie, głupi w sposób bezwzględny.
  • Dead Fish – nie, słabe naśladownictwo Snatch, którego nie ratuje ani muzyka, ani scenografia, ani NAWET Gary.
  • Gdzie leży prawda – przynajmniej dwa razy tak.
  • Hi Way – +/-, ale to subiektywne. Obiektywnie chyba film beznadziejny :)
  • Miasto gniewu (dalej to grają!?) – można iść.
  • MI:III – takie głupoty lubimy :)
  • Pani Zemsta – tak. Pieprznięty film.
  • Wszyscy jesteśmy Chrystusami – sami wiecie. Tak.

Uff, musiałem sobie to wszystko wypisać, żeby się przekonać, czy jest aż tak źle.

Gorzej – bo jak po takiej czarnej serii mam spokojnie iść na Libertyna i Piratów II?

Następna strona »