Czas zmierzyć się z tematem Libertine‘a, przetłumaczonego na polski, dość brzydko chyba, jako rozpustnik*. Właściwie nie wiem, czemu nie podoba nam się ten tytuł, ale nie podoba nam się i już – gust jest kategorią społeczną i nie mnie stawać okoniem wobec tego nurtu.
Brudny, ziarnisty, piękny i wyważony, barwny ale monochromatyczny Libertyn już trzy razy przyciągnął mnie do kina i wypada chyba uznać, że więcej już z niego nie zrozumiem – albo strzelić sobie w łeb, że tyle rzeczy umyka mi nadal.
Wbrew nadziejom niektórych, jest to film w pierwszej kolejności o sztuce, a dopiero w drugiej albo trzeciej – o władzy. Zresztą pytania o naśladownictwo i rolę mimesis (tu kulminacyjny cytat – Jam naturą, a ty sztuką) zdają się adekwatne do epoki, w której rozgrywają się dzieje earla Rochester. Iście po amerykańsku namierzona postać do sportretowania: geniusz-dewiant, podważający (tu, jakoby, swoją seksualnością, choć to akurat zdaje mi się wątpliwe) podstawowe zasady życia społecznego, w końcu pokazuje swoje inne oblicze. Problem z nakreśleniem postaci polega chyba na tym, że jego perwersja osiąga apogeum w pierwszej scenie (-Did you like abduction?) i potem już tylko opada. Że opada, to akurat dobrze dla filmu – pieprzeniem też można przesłodzić. Ale ta pierwsza scena… pozostawia jakieś wrażenie, którego następnie trzeba się pozbywać. W porównaniu z tym nawrócenie grzesznika-rozpustnika (które pono rzeczywiście stało się udziałem Wilmota przed śmiercią) wypada dość blado, a sama jego mowa (której specjalnie przysłuchiwałem się trzy razy) jest może i mocnym akcentem filmu, ale nie pozostawia po sobie chyba wielkich przemyśleń.
Postać jako taka wydaje się mocniej dograna przez Deppa, któremu wystarczy dość porządny film, żeby pokazać pełnię kunsztu, niż napisana – chyba, że reżyserowi zależało na analizie psychologicznej alkoholika w XVII wieku. Przekonujący ale pusty portret sybaryty i lekkoducha, który dodatkowo wspierają talentami: ten pan, co to jest jak John Malkovich czy Rozamunda Pike (whoa! Ta laska jeszcze przed chwilą była do obejrzenia w Doomie i kto by się spodziewał, że jak się wkurzy na ekranie, to mam ochotę sam ją przebłagiwać? Co umie grać, to jej.) I jeszcze ta pani Samantha Norton, brzydka, ale utalentowana – jak mówił o niej sam Johnny Wilmot.
No i ta kamerka. Scena liryczna w parku św. Jakuba to mistrzostwo świata.

__________
* Dodam, że chyba nigdy tłumaczenie filmu samego, nie tytułu, wzbudziło tyle mojego entuzjazmu. Nazwisko tłumacza, by go tu w miarę możliwości uhonorować, niestety nie zostało dostatecznie wyeksponowane.